Baltazar Baltazar
131
BLOG

Gruzja 2008 vol. 3

Baltazar Baltazar Kultura Obserwuj notkę 3

13.09.2008 Droga do Batumi

Wstajemy rano, gdyż z Wardzi marszrutki odjeżdżają rano i po południu. Śniadanie u Pani pokoje nam wynajmującej i wsiadamy znowu do tego cholernego busa. Na szczęście jedziemy blisko, bo wysiadamy przy twierdzy Chertwisi, której budowę zaczęto w II wieku przed Chrystusem (protestuję niniejszym przed komunistycznym wymysłem p.n.e:)
Przed wizytą w twierdzy szybka wizyta w sklepie. Przeprowadźmy mały sprawdzian... czy ichni mocarz jest podobny w smaku do mocarza biedronkowego? w smaku a i owszem, w cenie gruziński mocarz bije naszego na głowę. za 2l. piwa chyba połtora lari.

Żeby dostać się do twierdzy przedzieramy się przez twierdzowe podgrodzie chycając przez zamkniętą bramę. Na szczęście inaczej niż w bardziej cywilizowanych krajach nikt się tego nie czepia.

Twierdza bardzo ciekawa, pstrykamy fotki, pijemy piwo, a że w miłym towarzystwie szybko płynie czas, więc rychło nadchodzi pora zrealizować kolejny punkt programu, który brzmi:
pędzimy nad rzekę, coby może się w niej wykapać, oczywiście z postojem w sklepie, gdzie można kupić domowe wino.
żeby jednak nie było za łatwo postanawiamy wydostać się z twierdzy inną drogą (obi wan kenobi, on zawsze jest z Tobą, weź ze sobą miecz, wracamy inną drogą..)  niż przyszliśmy (drogą szpiegów i przemytników- taką wkręcamy sobie historię), co jednak  okazuje się nie być takie łatwe, chyba, że się umie chodzić po wodzie. Jako jednak, że żaden z nas nie posiadł umiejętności Chrystusowych jak niepyszni wracamy trasą, którą przybyliśmy.

Po zaopatrzeniu się w domowe winko (cokolwiek popsute, ale daje radę) udajemy się po dziurawym, wiszącym moście na drugą stronę rzeki. Co ciekawe, po naszym przejściu most zostaje załatany. czyżbyśmy zawstydzili lokalesów? ach, most, jak zresztą prawie wszystko w Gruzji, wisi na słowo honoru, a przynajmniej tak wygląda. rolę swoją jednak spełnia wyśmienicie.

Plany kąpielowe niestety spełzają na panewce, woda zimna i ochota jakoś szybko przechodzi na zanurzenie się. Zresztą dopiero 11, więc trudy dnia nie dały się jeszcze we znaki. Także mocząc nogi, popijając wino, puszczając kaczki odpoczywamy w pięknych okolicznościach przyrody z pysznym widokiem na twierdzę ... POdziwiamy równiez lokalną szkołę, z której okoliczni mieszkańcy są dumni (tak nam przynajmniej mówiono w sklepie), a która to szkoła wygląda jak zakład karny, opuszczony i splądrowany zakład karny dodajmy... biedę w Gruzji widać niestety na każdym kroku.

Trzeba się jednak zbierać, mamy w planie dziś dojechać do Batumi, coby zatańczyć na herbacianych, słynnych polach... uprzedzę od razu fakty i ze smutkiem wyznam, że nie udało się nam tego dokonać. po prostu jak zwykły głupek nie pomyślałem o nagraniu Filipinek na telefon... mea culpae:(

Marszrutka do Achalciche okazała się być najbardziej wypasioną jaką w Gruzji jechaliśmy. Chyba kierowca sam ją złożył, bo w życiu czegoś takiego wcześniej nie widzieliśmy. I nie była nabita.

Achalciche - dobry obiad (chaczapuri oraz szaszłyk z chlebem), dobre wino, najbardziej zasrany (dosłownie, 2 sale pełne gó..) dworzec jaki w życiu widziałem ( jak oni to zrobili?) i arbuz, który smakował zupełnie jak w Polsce:)


Knajpa w Achalciche była z gatunku lokalnych jadłodajni dla braci robotniczej, takie staraliśmy się wybierać podczas całej wyprawy, co nie skończyło się dla nas dobrze, ale nie uprzedzajmy faktów.


Z Achalciche łapiemy busa do Kutaisi. POdróżowanie w Gruzji jest w ogóle dość problematyczne, gdyż mają 4 drogi na krzyż i 180 kmów w lini prostej staje się 380 kilometrami, także co przesiedzimy w ich cholernych busikach to nasze.

W Kutaisi po raz pierwszy stykamy się na szerszą skalę z tak opisywanym seredcznym podejściem Gruzinów do obcych i w końcu możemy powoli zacząć
się pozbywać paciorków i perkalu, który zabralismy z Polski dla tubylców:)

Pierwszymi paciorkami był scyzoryk, który otrzymał od nas Gocha. Gocha nawet znał trochę angielski, były żołnierz, był w Iraku, teraz ma sklep ( a właściwie jego mama). Bezinteresownie zajął się nami, gdy kręciliśmy się pod targiem w Kutaisi. Poczęstował piwem (ech, jak sobie przypomnę to zmrożone piwo w tym upale...ambrozja! i na dodatek nikt się nie czepiał, gdy kręciliśmy się po mieście z pełnymi kuflami, ot cywilizacja!), wytargował marszrutkę do Batumi i udzielił pomocy S. w zakupie ichniejszego deserowego smakołyku, który jednak okazał się być mocno nieświeży.

To nie była jednak wina Gochy! Zaprosił nas do siebie, jednak wracalismy inną drogą (obi wan kenobi, on zawsze jest z Tobą, weź ze sobą miecz, wracamy inną drogą..) z Batumi, więc nie skorzystaliśmy. wielkie dzięki Gocha, fajny facet jesteś.

W Kutaisi Ł. miał pierwsze, nieudane (zrezygnował), podejście do ichniejszych miejskich szaletów (dziura w ziemi w kabinach bez drzwiczek).

Jeszcze można było rezygnować, ale najgorsze w tym temacie dopiero przed nami...

I znowu w busie. Oprócz już wszystkich wymienionych wad marszrutek trzeba doliczyć kolejną: gdy siedzisz z tyłu, gówno widać to co jest za oknem. Trzeba siadać przy oknach - taka mała rada Wujka Dobra Rada. Świetna rada Wujku. To jest wspaniała rada! 

Bus wykańcza, przynajmniej mnie. Po kilku godzinach w tym ścisku, smrodzie (o Jezu, siedzimy na tyle, 30 osób w busie a  facet obok mnie zaczyna jarać szlugi!) mam dość. Nic to jednak, jeszcze kilka godzin i jesteśmy w Batumi. Po drodze mijamy dawną granicę gruzińsko- adżarską, istniejącą do 2004 r. i witajcie herbaciane pola!

Amator fajek z busa okazuje się być fajnym gościem i prowadzi nas do centrum, gdzie załatwia nam nocleg przy głównej ulicy Batumi. U wiecznie złojonego marynarza, który w swym długim życiu mieszkał nawet w Szczecinie. no i gada po angielsku: "no problem, I speak for you, no problem" :)

Za dziesięć lari od głowy instalujemy się w jednym pokoju i pomimo zmęczenia wychodzimy na miasto. Nabrzeżne bulwary tętnią życiem i robią wrażenie. Wygląda to wszystko bardzo ok a Morze Czarne jest naprawdę ciepłe. Zmęczenie jednak bierze górę i po zjedzeniu gruzińskiego fast foodu w postaci placka z mięsem i odwiedzeniu 2 knajp (a obie wyglądają na burdele), gdzie w jedej wypijamy piwko, wracamy do pokoju. 

Po ablucjach (hydraulika w mieszkaniu jest warta wspomnienia: żeby mieć wodę w łazience,  w kuchni włącza się przycisk pompy. po uruchomieniu pompy woda raźno leje się z każdego kranu (musi się lać bo inaczej pompa by się zatarła), nikt nie zwraca uwagi na liczniki itp... fajnie:) nachodzi nas gospodarz (na bani) i opowiada nam różne historie z Batumi i swojego życia.

Długi dzień dobiega końca...

c.d.n...

Baltazar
O mnie Baltazar

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Kultura