Dziś trochę lżejszy temat, żeby odpocząć od niewesołych wiadomości z Gruzji. Każdy, kto zetknął się z Januszem Korwinem Mikke wie, że ma on staroświecki zwyczaj tłumaczenia imion. Najbardziej znany przykład, to nieśmiertelna Małgorzata Thatcherowa, na miejsce Margaret Thatcher. Jest to przyjęta konwencja w gazecie "Najwyższy Czas". I tak, zamiast Georga Buscha mamy Jerzego Buscha, zamiast Nicolasa Sarcos'ego, mamy Mikołaja Sarcos'ego, zamiast Vladimira Putina, mamy Włodziemierza Putina.
Przyznam, że ta konwencja podoba mi się. Jest to jakaś przeciwwaga dla większości prasy, która nie raz bezmyślnie przepisuje z anglojęzycznych doniesień prasowych, nie siląc się nawet na dopasowanie ich do polskiej tradycji językowej. Najbardziej znany przykład, to Osama bin Laden. Wg. przyjętej w Polsce konwencji powinien być po pierwsze: Usamą, a po drugie ibn Ladenen, tak jak powiedzmy Ibrahim ibn Jakob. To jest prawdziwy znak kolonializmy mentalnego, o jakim pisał niedawno Konrad Godlewski. To, że mamy własne nazwy na niektóre miasta i że te nazwy są zakorzenione w tradycji języka i idiomach (Pekin w języku polskim znaczy znacznie więcej, niż "miasto stolica China", tak chociażby nazywano Pałac Kultury i Nauki), to nie żaden dowód zapóźnienia i kolonializmu. To, że p. Godlewski chce zmieniać nazwy do brzemienia oryginalnego, ponieważ akurat na Zachodzie pojawiła się taka moda - to jest dopiero mentalny kolonializm! Choć nie tak wielki, jak przepisywanie fonetycznego brzemienia angielskiego i pracowite odczytywanie go po polsku. Z tej samej beczki: ostatnio w Programie Trzecim Polskiego Radia prowadzący audycję próbował namówić reporterów z Igrzysk Olimpijskich, żeby zamiast mówić Pekin, jak Bóg przykazał, mówili "Bęęę - dzin". Sprawdziłem, z mieście Będzinie nie ma żadnych Igrzysk, jest Światowy Zlot Żydów z Będzina, jest Festiwal Muzyki Celtyckiej...
Wracając do tematu, z niewiadomych dla mnie przyczyn redaktorzy "Najwyższego Czasu" zrobili wyjątek w przyjętej konwencji dla p. minister rządu Izraela, Livni, która nosi dźwięczne imię "Cipi". Otóż wyjaśniam: Cipi to skrót od "Cipora" (tak jak nasz salonowy Żyd, p. Eli Barbur, to Eliasz), a imię to nosiła żona Mojżesza. Konsekwentnie było by więc pisać "Cipora", albo pójść jeszcze dalej za polską tradycją językową, w której imię "Cipi" zapisywano... tak, tak, czytelniku, dobrze się domyślasz: "Cipa". Kto nie wierzy, odsyłam do Wiecha. W jednej z jego humoresek występuje jakaś pani Cipa Skowronek (czy jakoś tak, nie pamiętam już nazwiska), która jednak prosiła Wysoki Sąd, żeby mówił do niej per Sylwia. Tak więc, panowie redaktorzy - więcej konsekwencji! Nie "Cipi", tylko "Cipora", albo sami już wiecie jak.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)