Gruchnęła wiadomość o tym, że będzie kręcony kolejny film o obronie Westerplatte. Nie muszę wyjaśniać, że jest to miejsce- symbol. Jednoznacznie kojarzy się z patriotyzmem, poświęceniem, nierówną walką. Legenda powstała jeszcze we wrześniu 1939. Przez cały okres PRL wydawano publikacje na ten temat, podtrzymując mit.
Do poważnych badań nad dziejami obrony Westerplatte doszło dopiero w wolnej Polsce. Tutaj mamy obowiązującą, "oficjalną" wersję wydarzeń. Tymczasem prawda o obronie jest nieco bardziej skomplikowana. 2 września, major Sucharski, po wypełnieniu z nawiązką powierzonego zadania - utrzymania placówki przez 12 godzin - postanowił poddać się. Decyzja ta została uniemożliwiona przez kpt. Franciszka Dąbrowskiego, który stanął na czele buntu. W wyniku tej akcji zginęło czterech żołnierzy. Major Sucharski został aresztowany i od 2 do 7 września rzeczywistym dowódcą był kpt. Dąbrowski.
Kwestionowano także ilość ataków na Westerplatte. Wersje załogi i atakujących Niemców były rozbieżne. Załodze oczywiście zależało na tym, by fakt buntu ukryć, stąd też mogli chcieć przypisać zabitych w bratobójczym starciu do tych, którzy zginęli w walce. Mogli "pomnożyć" ataki niemieckie. Z kolei Niemcy ponieśli w ataku tak gigantyczne straty (przypominam, załoga Westerplatte zabiła kilkuset Niemców przy stratach własnych 15 żołnierzy, w tym od kul i bomb niemieckich padło tylko 11), że mogli chcieć rozłożyć je na kilka dni i kilka ataków. Faktycznie, atak niemiecki na Westerplatte przypominał próby zdobywania fortów z pierwszej wojny światowej: na świetnie umocnione, zamaskowane i wstrzelane pozycje Polaków wypuszczono gromadę piechoty, która została przerobiona przez naszych na mięso armatnie.
Słyszałem również - nie przeczytałem, więc nie wiem czy to prawdziwa informacja - że załamanie nerwowe majora Sucharskiego zostało wywołane śmiercią jednego z podkomendnych. To z kolei daje jeszcze większe pole do popisu i karkołomnych interpretacji.
W świetle tych faktów widać już, czemu niektórzy recenzenci prasy filmowej już teraz chwalą i film i scenariusz. Prawdopodobnie mają nadzieję, że film będzie rozprawą z kolejnym polskim, bogoojczyźnianym mitem, kolejnym kamieniem milowym w dziele dezintegracji Polaków jako wspólnoty narodowej, w przerobieniu ich na Europejczyków. Pożyjemy, zobaczymy. Tak czy inaczej: Westerplatte jest rzeczywiście wspaniałym materiałem na film. Gdybym mógł doradzić reżyserowi, zrobiłbym z tego dramat historyczny. Przeplatały by się tu dwa plany: współczesny, gdzie historyk wędruje od światka do świadka wydarzeń i z mozołem odbudowuje z ich relacji przebieg wydarzeń. Drugi plan, to oczywiście przedstawianie samej relacji: jak wyglądała oczami uczestników. Wyszedłby z tego film w rodzaju "Raszomon", albo "Hero".
Ale, prawdę mówiąc, nie mam nic naprzeciw, żeby jakiś lewicowy reżyser zrobił film rozprawiający się z bogoojczyźnianym mitem, pod warunkiem, że będzie to film dobrze nakręcony, taki który się przyjemnie ogląda, i że akcja jest wartka i wciągająca. Tak jak z przyjemnością oglądałem "Labirynt Fauna" choć to film bałamutny na wiele sposobów, ale artystycznie wartościowy. Niestety, wg. relacji prasowych zapowiada się kompromitujące zmarnowanie tak pieniędzy podatnika przeznaczonych na film, jak i samego materiału faktograficznego - arcyciekawego, jak cała historia Polski. Autor scenariusza poszedł po linii najmniejszego oporu, planując film skandalizujący, ale skandalizujący w sposób prymitywny, wulgarny i banalny.
Dla polskiej historii jest tylko jedna nadzieja na popularyzację: że zainteresuje się nią jakiś producent filmowy z Ameryki. Akurat nasz sojusz ze Stanami się zacieśnia, może teraz coś się ruszy?


Komentarze
Pokaż komentarze (32)