Pod poprzednią notką dyskutowaliśmy na temat szans na rozwój żeglarstwa u ujścia Odry. Skierowało to moją uwagę na następujący problem: niby czemu na tak atrakcyjnym terenie w sezonie jest tyle żagli co kot napłakał, a w tym samym czasie na Mazurach wręcz nie można się pomieścić?
Moim zdaniem jest kilka przyczyn. Najważniejsze sprawa, to to, że na Mazurach nie ma morza. Morze jest atrakcją samą w sobie, jest sprawdzonym i gwarantowanym sposobem na zarobienie pieniędzy. Po co inwestować dodatkowo w przystań czy sprzęt wodny, skoro pieniądze i tak płyną? Na Mazurach tak łatwo nie było. Wręcz odwrotnie - jezioro aż się prosi, by popływać czymkolwiek po nim, więc zapewnienie sprzętu żeglarskiego było oczywistym sposobem zarabiania.
Druga sprawa: morze jest o wiele bardziej niebezpieczne oraz żegluga morska (indywidualna) była w czasach PRL w zasadzie zakazana z oczywistych przyczyn. Zgaduję, że to samo dotyczyło nadgranicznego rejonu wysp Wolin i Uznam, gdzie przecież stacjonowały jednostki wojskowe (Świnoujście). W tym samym czasie żegluga mazurska już się dynamicznie rozwijała. To powoduje, że strefa ujścia Odry ta jest zapóźniona względem Mazur o jakieś 20 lat.
Trzecia sprawa to sposób zagospodarowania brzegów. Nie wiem jak było "za Niemca" ale obecnie brzegi Zalewu Szczecińskiego są niskie, zarośnięte trzciną, a na dodatek cała okolica chyba znajduje się pod ochroną "Natury 2000". Oznacza to, że jakakolwiek inwestycja polegająca na zbudowaniu przystani, pomostu czy czegokolwiek, jest bardzo trudna. W tym samym czasie, na Mazurach (konkretnie na Wielkich Jeziorach), każdy kawałek gruntu nadający się do cumowania jest wykorzystany i jakoś (lepiej lub gorzej) zagospodarowany. A to oznacza, że miejsc, z których można wyporzyczyć jach i gdzie można przycumować, jest po prostu multum.
Mam jednak nadzieję, że w momencie gdy wszystkie sposoby zarabiania na morzu zostają wyczerpane, pojawią się inwestycje także w żeglarstwo. Samorządy (przynajmniej niektóre) już to robią.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)