Katastrofa Smoleńska była jednym z najtragiczniejszych wydarzeń w historii Polski po 1989 r., wtedy to właśnie - jak sądzę - ktoś sprytny i spostrzegawczy zauważył, że Polakami można manipulować z łatwością, z jaką prowadzi się pijane, upośledzone dziecko przez mgłę.
Nie do ukrycia jest, pomimo, że wszystkie indagowane przeze mnie w tej sprawie osoby zgodnie wypierają się tego faktu, że wydarzenia pewnego kwietniowego poranka 2010 r. wywołały krótkotrwałe zaburzenia w pracy mózgów milionów Polaków. Osoba powszechnie wyśmiewana, przez niektórych także znienawidzona stała się bohaterem i obiektem uwielbienia tych, którzy jeszcze wieczorem 9 kwietnia nią gardzili. Wydaje mi się, że to właśnie wtedy ktoś zauważył, że społeczeństwo polskie można za pośrednictwem informacji kształtować równie łatwo jak dobrze rozgniecioną plastelinę poprzez jednoczenie wokół spraw, które wydają się ważne.
Pierwszą próbą weryfikacji tej tezy była zdecydowanie rozdmuchana sprawa z koszulkami reprezentacji piłki kopanej. Trudno powiedzieć skąd w ludziach, którzy przeważnie nie znają więcej niż jednej zwrotki hymnu (a i z tą bywają problemy), nagle zrodziły się takie pokłady patriotyzmu i przywiązania do barw narodowych. Media podjęły temat z opóźnieniem, dopiero po awanturze na forach, blogach, kwejkach czy innych demotywatorach, więc raczej to nie ich sprawka - inicjatywa zrobienia z rzeczy, która na co dzień nie zajmuje nawet minuty myśli statystycznego Polaka, przedmiotu dyskusji wszystkich wyszła od kogoś innego. Kogo? Trudno mi powiedzieć.
Obecnie podobną sytuację mamy z umową międzynarodową tzw. ACTA, która, pomimo, że jest tylko umową „będzie wsadzać ludzi do więzienia za ściąganie plików”. Większej bzdury dawno nie słyszałem. Umieszczenie w zakładzie karnym jest ostatecznością i jest na tyle skomplikowane, że część moich znajomych prawników nie była w stanie opanować przesłanek do dokonania tego przez cały rok. Słyszałem również, że Naczelna Rada Adwokacka już podała jakie kary będą obowiązywać po podpisaniu (wcale nie wejściu w życie, co tam jakieś mało istotne procedury ratyfikacyjne) tej umowy. Czuję, że musiałem przespać moment, gdy NRA przejęła kompetencje ustawodawcze Sejmu i Senatu. Skąd się bierze masowe zainteresowanie procedurami negocjacji umów międzynarodowych (bo to chyba najpoważniejszy zarzut stawiany dla ACTA - nawet pismo samej Rzeczniki Praw Obywatelskich opierało się właśnie na nim), które nie występowało nawet przy bardziej znaczących porozumieniach (kto jest w stanie powiedzieć cokolwiek nt. negocjacji ws. przystąpienia RP do UE?) Podobnych zadziwiających zachowań, a także bzdur, powtarzanych w internecie, z którymi nie chce mi się nawet polemizować, jest cała masa, . Po co jest ta masowa akcja dezinformacyjna i kto za nią stoi? Media ponownie zareagowały z opóźnieniem, więc to raczej nie ich „zasługa”.
Właśnie sprawa ACTA podsunęła mi pomysł, że tymi działaniami może stać również rząd lub też UE. Trzeba jednak przyznać, że są to pomysły niebo subtelniejsze niż poprzednie działania rządu, mające za zadanie odwrócić uwagę społeczeństwa od spraw naprawdę istotnych (rozprawa z „kibolami” była bezczelnie prymitywną „przykrywką”). Poglądy antypaństwowe wszak zawsze były popularne i wykorzystanie ich przez same władze - jeśli tak jest w rzeczywistości - jest prawdziwym arcydziełem manipulacji. Moje gratulacje dla autora pomysłu.
Argumenty na poparcie powyższej tezy nie są - jak we wszystkich tego typu sprawach - rozstrzygające, niemniej jednak trzeba przyznać, że dawno nikt nie mówił o szalejącym kryzysie w UE, ani o tym, że Rzeczpospolita, niewielkie państwo w dość niejasnej sytuacji finansowej, ma oddać niemałą ilość pieniędzy dla państw większych i bogatszych. Nikt nie wspomina też, tak jak zaczęła to w początku swojej działalności Solidarna Polska, o wyjątkowo negatywnych zobowiązaniach międzynarodowych związanych z ochroną środowiska, które, w obecnym kształcie, dobiją polską gospodarkę i przyczynią się do znacznego zubożenia milionów polskich gospodarstw domowych - takie właśnie będą skutki podniesienia ceny energii elektrycznej o 30-50%, co przy obecnych regulacjach prawa UE jest faktem.
Martwimy się jednak jakąś niepewną wolnością słowa w internecie. Dziwne?


Komentarze
Pokaż komentarze (1)