Bazyli1969 Bazyli1969
561
BLOG

„Znici. Niechciane królestwo”, czyli rumieniec P. Jasienicy

Bazyli1969 Bazyli1969 Kultura Obserwuj notkę 44

Kto i kiedy dowiódł, że tylko słuszne przekonania tworzą dzieje?
P. Jasienica
image

Powiem otwarcie: żaden z okresów dziejów naszego narodu nie budzi u mnie takiej traumy jak ten z XVIII i początków XIX  wieku. Wiem… To co nasze trzeba przyjmować z dobrodziejstwem inwentarza. Cóż jednak począć, gdy  słyszę: Wettynowie, król Staś, targowiczanie i ród Bonaparte, to odczuwam  fizyczny wprost niesmak? Czytając mądre opracowania z tej epoki narażam się na wysypkę, uczulenie, mdłości. To mniej więcej tak jakbym starał się polubić lewatywę lub kolonoskopię. Nie da się. Co prawda pojawiają się w tym przedziale czasowym periody dla mnie bardziej strawne, jak choćby te dotyczące Insurekcji Kościuszkowskiej oraz Powstania Listopadowego. To jednak li tylko krótkie przebłyski słońca zza ciemnych chmur niemocy. Po prostu nie lubię polskiej smuty i już. Nie oznacza to jednak, że zamykam uszy i oczy na to wszystko co działo się w owej epoce. Czemu? Ano z tej przyczyny, iż – jak mawiają mędrcy – „nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło”. Trzeba zatem wyciągać wnioski, aby w przyszłości popełniać jak najmniej błędów. Zaznaczę od razu, że nie jest to specyficznie polskie alibi, ale przesłanie mające idealne odpowiedniki w innych kręgach kulturowych. Kto nie wierzy, niechaj sprawdzi. Tak więc: porażki matkami sukcesu! Wspominam o tym, gdyż jak wiedzą ludzie nieco starsi od przedszkolaków – życie to nieustanna nauka. Problem w tym, iż dzielić się z publiką zapatrywaniami i zachęcać ją do określonych zachowań może Maurycy Mochnacki i Stanisław Staszic albo… Barbara Nowacka. 

Sięgnąłem niedawno po książkę „Znici. Niechciane królestwo”, autorstwa B.J. Dmochowskiej i P. Gacka. Twórcy pozostawali dotąd schowani przed szerszą publicznością za zasłoną mejnstrimu. A jednak zdecydowali się wreszcie wypłynąć na przestwór oceanu. Zadebiutowali. Wreszcie! Ktoś niezbyt uprzejmy i mocno nierozważny mógłby po zapoznaniu się z treścią książki zakrzyknąć, że to nie tak! Że po co propagować treści pachnące naftaliną? Z jakiej racji schylać się po nikomu niepotrzebne drobne? Dlaczego szukać wzorców w miejscach i czasach, o których nie słyszeli nawet najstarsi górale? Gdzie szum chorągwi? Gdzie kłus husarii? Gdzie kamienie na szańcu? Tak to by wybrzmiało. Sam jednak patrzę na „Znici…” inaczej. Dodam zrazu, że rządzi mną dusza nadwiślańska. Ta chmurna, dumna, bezkompromisowa. Wolność jest lub jej nie ma. Tertium non datur. Rzecz w tym, iż Autorzy wspomnianej pracy, nie deprecjonując powyższego stwierdzenia, dokonali rzeczy zacnej. Pokazali mianowicie, że Pani, Pan i ja, debatując nad przeszłością, winniśmy uwzględniać także umykające zwykle faktory.  

„Znici…” nie są opisem zmagań bitewnych. Nie są, choć i konkretnych liczb nie brakuje,  suchym i enumeratywnym wyliczaniem strat, zwycięstw, rannych, pożarów, kosztów… To coś znacznie więcej. Dmochowska i Gacek w sposób niezwykle umiejętny uświadamiają Czytelnikom, że często nie dostrzegamy drugiej strony monety Chronosa, ponieważ los poszczególnych nacji i państw był wówczas rozstrzygany nie tylko na polach Racławic, Austerlitz i Waterloo, ale  również w gabinetach tak wybitnych, ale przy tym odrażających i cynicznych postaci, jak Charles-Maurice de Talleyrand-Périgord czy Klemens Lothar Wenzel Fürst von Metternich-Winneburg. Takie zajrzenie za grubą kurtynę, utkaną z podstępów, spisków, interesów i zabarwioną bezczelnością oraz  szantażem.  I to cenię. I to lubię. I to uznaję za bardzo wartościowe. Tym bardziej, że spory i niuanse zostały zaprezentowane w sposób wysoko profesjonalny. Z poszanowaniem prawdy historycznej i zgrabnie. Co więcej, narracja prowadzona jest na sposób logiczny, sprawnym językiem. Od czasu do czasu napotykamy na pachnące świeżością bon moty, figury retoryczne, metafory, porównania… I nie ma się wrażenia, iż są one stosowane po to, by publice opadały szczęki. Sztuka dla sztuki? Nic z tych rzeczy Generalnie – to kawał dobrej literatury.

Żeby nie było jednak zbyt słodko muszę podkreślić, że warsztat, rzetelność w przedstawianiu faktów, sumienność oraz dociekliwość Autorów to jedno. Drugim jest interpretacja faktów i wyciągania na ich podstawie wniosków. W tym zakresie nie mogę zgodzić się z Autorami. Oczywiście nie w całości, ale w znacznej części. Nie podzielam np. przekonania, iż car Aleksander I był geniuszem rozgrywającym wszystkich pozostałych monarchów ówczesnej Europy niczym Anatolij Karpow studenta marketingu i zarządzania z Pcimia Dolnego. Podobnie nie uchwyciłem sensu wynoszenia na piedestał księcia Konstantego, który był wielkim gburem i furiatem, ale – jak twierdzą autorzy – miękł zawsze wtedy, gdy tylko usłyszał polską mowę. To, w świetle znanych nam wydarzeń,  po prostu się nie klei. Nie inaczej oceniam opinie dotyczące naszego, czyli polskiego, wysiłku w kontekście wyprawy Napoleona na Rosję. Rzecz jasna ponieśliśmy olbrzymie straty, ale czy chcąc utrzymać namiastkę państwa mieliśmy wtedy (!)  inne wyjście? Autorzy sugerują, że tak. Zapytam: jakie? To jeśli chodzi o tembr  pracy. Najistotniejszym jest wszakże samo gęste, czyli wnioski. A są one instruktywne i ciekawe.

Tak się składa, że mam jako takie pojęcie o poglądach jednego z Autorów „Znici…”. Wiem zatem, że skłania się on ku szukaniu szans na budowę solidnego gmachu państwa polskiego w pracy organicznej. Idzie w tym względzie drogą jeszcze słabo rozpropagowaną albo - dokładniej - nad Wisłą  zapomnianą. Oczywiście dziś, bo onegdaj… Miłkowski, Balicki, Popławski, Dmowski… Kwiatkowski, Wedel, Cegielski, Grabski, Blikle, Scheibler…  Ludzie ci namawiali naszych przodków, aby szukali szansy na pogłębianie i poszerzanie podstaw życia wspólnotowego poprzez - jak to ujmują Autorzy - wykorzystywanie  bogactwa i tworzenie zasobów. Sami przy tym dawali piękny przykład. Spółdzielnie, stowarzyszenia, fabryki, wydawnictwa, szkoły, towarzystwa, fundacje, biblioteki, sierocińce, zrzeszenia… Wszystko to miało przygotowywać naród polski na najgorsze i… najlepsze. I ja się z Autorami „Znici…” zgadzam. W pełni, na sto procent, absolutnie. Mam to pewnie we krwi, bo moi pradziadowie potrafili w ten sposób rywalizować z opresją pruską. Mamy zatem przekaz, który wydaje się jednoznacznym: praca organiczna. Natychmiast, wszędzie, wytrwale. 

Z drugiej strony jest dla mnie zagadką zawarta w „Znici…” tzw. mięta wobec  Moskali. Rozumiem, że w porównaniu z naszymi germańskimi sąsiadami Rosjanie są dla nas raczej zagrożeniem politycznym ale nie egzystencjonalnym. Tu rozsądnym ludziom spierać się nie wypada. Brakuje mi jednak twardego postawienia na ideową samowystarczalność. Taką bezkompromisową, śmiałą, a jednocześnie realną. Nie dostrzegam bowiem istotnych pozytywów w potencjalnej symbiozie politycznej z ropiejącym od samego początku tworem znad rzeki Moskwa. Nie i już! Rozumiem za to, że w epoce opisywanej przez Dmochowską i Gacka sytuacja była inna. Nieco. To z Berlina i Wiednia wiało większą grozą niż ze wschodu. Ale… Wszak nawet Niemcy w dobie naszego politycznego nieistnienia nie potrafili tak bardzo spacyfikować naszych wpływów i zepchnąć ku Wiśle żywiołu polskiego jak Romanowowie i ich czerwoni następcy. Na Litwie, Białorusi, Ukrainie i Łotwie. Dziś pozostały tam ledwie dyszące przyczółki polskości. To są fakty. Obecnie sprzedawanie tego rodzaju recepty jawi się jako groźny anachronizm. Nawet w kontekście zagrożeń nadchodzących do nas zza Odry. Budujmy się, bogaćmy, handlujmy z (prawie) każdym, lecz za wszelką cenę unikajmy stania się częścią ruskiego mira. 

Jeszcze jedna kwestia warta podkreślenia. Otóż Autorzy doskonale zobrazowali (być może nieświadomie) różnicę pomiędzy współczesną tzw. klasą polityczną a naszymi przodkami z opisywanej epoki. To rozrywa wprost serce! Czytamy w „Znici…” o walczących na wszystkich frontach Europy polskich oficerach. Często wywodzących się z najlepszych i najdawniejszych rodów. Książę, hrabia, ordynat… Każdy z nich miał na dworach europejskich drzwi otwarte na oścież. Kariera? Proszę bardzo! Pieniądze? Proszę najuprzejmiej! Udział w  elitarnych stowarzyszeniach? Zapraszamy!  Wstępuje jednak do Wojska Polskiego i walczy o wolną Ojczyznę. W Italii, Austrii, Rosji, Francji, Niemczech, Hiszpanii, Polsce… Latem, zimą, wiosną, jesienią… Przez lat pięć, siedem, dekadę… Kula armatnia urywa mu rękę. Bagnet wrogiego piechura przebija mu bok. Czasem ginie. I nie ma powszechnego kunktatorstwa. Nie ma modnego dziś tchórzostwa. Nie ma żenującej i wszechobecnej błazenady. Gdy trzeba, wódz naczelny chwyta za karabin i woła do wyrwanych zza pługa podkomendnych: „Za mną, bracia!”. Czy obecnie moglibyśmy liczyć na to samo ze strony tzw. polskich elit? Mam co do tego olbrzymie wątpliwości. Ten przekaz podnosi  wartość omawianej pozycji, bo na poziomie podświadomości zachęca do walki o reanimowanie i honorowanie starych, dobrych zasad. 

Pamiętam, że w 1987 roku dyrektor mojej szkoły zarządził, iż wszyscy uczniowie mają stawić się w tym a tym miejscu w dniu 1 maja, a potem wziąć udział w defiladzie z okazji zawłaszczonego przez komunę Święta Pracy. Jako że byłem innego zdania oświadczyłem wychowawczyni, że mnie tam nie będzie. W tym oporze byłem w całej klasie sam. I już! Kilka dni później nauczycielka prowadząca zajęcia z – kto to pamięta? – przysposobienia obronnego poprosiła mnie do swojego gabinetu. Wszedłem. Ona się uśmiechnęła i powiedziała: „Bazyli, to dla ciebie.”  Dostałem wtedy od niej „Polskę Piastów”. Pięknie podziękowałem, a po powrocie do domu zanurzyłem się bezgranicznie w lekturze. Do dziś czuję w sercu wdzięczność dla Pani Ewy K. Między innymi z tej przyczyny, że P. Jasienica odkrył przede mną wtedy, tj. w późnym PRLu, zakryte, czyli to, co można by nazwać katechizmem  odrodzenia narodowego. Pokazał mi, że nic nie jest przesądzone na zawsze i wciąż trzeba dbać o siebie, o swoich bliskich, o Ojczyznę. Nawet w sytuacjach pozornie beznadziejnych. Na różne sposoby. Jeden z nich starają się nam zaprezentować Autorzy „Znici…”. Można z nimi polemizować, ale poznać proponowaną receptę każdemu świadomemu Polakowi wypada. Między innymi po to, by zrozumieć współczesność. Krótko mówiąc: Paweł Jasienica w osobach Dmochowskiej i Gacka doczekał się chyba godnych następców. Może nawet, gdyby żył, na jego licu pojawiłby się rumieniec zazdrości. „Znici…” to esej zaprawdę nietuzinkowy. Intryguje, pobudza do myślenia, uczy, proponuje, wzbudza emocje, skłania do dyskusji… To nie nadinterpretacja. To nie przesada. To nie fantasmagoria. To prawda. Odkładam książkę na półkę i czekam na kolejne części. Kropka!

PS Nie byłbym sobą, gdybym nie zwrócił uwagi na uchybienia. Są one drobne i w żadnym razie nie stanowią przeszkody podczas lektury. Przyznam, że szukałem dziur w całym, lecz nie znalazłem ich więcej niż prawie wcale. Prawie, bo potknięć rzeczowych czy też literackich naliczyłem kilka. Tylko kilka. Wyrazy uznania dla @kelkeszosa i p. Beaty.

Tytuł: „Znici. Niechciane królestwo”.
Autor: B.J. Dmochowska, P. Gacek.
Wydawnictwo: Antykwariat ORLEN
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-979744-0-1
Liczba stron: 556
Oprawa: Miękka
Cena: ok. 80 zł
Ocena recenzenta: 8,5/10

Bazyli1969
O mnie Bazyli1969

Jestem stąd...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (44)

Inne tematy w dziale Kultura