Choć Stany Zjednoczone Ameryki Północnej posiadają wiele zalet, aby wymienić tylko znośną gospodarkę, fajne samoloty, jedyny na świecie system demokratyczny, który nie budzi u mnie obrzydzenia, czy piękną Alaskę, to jednak są takie dni, że bardzo się cieszę, iż Bóg nie stworzył mnie Amerykaninem
Faktyczne zwycięstwo McCaina było do przewidzenia – ale skala niekoniecznie. Komentatorzy mądrzy piszą, że pomogła przyjaźnie-neutralna postawa Huckabee’go i mobilizacja wokół najsilniejszego gracza w obliczu gorącej kampanii demokratów. Być może – to jednak nie tłumaczy czemu już wszystko zostało przesądzone, a tym bardziej – co się stało z elektoratem prawdziwie konserwatywnym u USA.
Gdzieś mignęła mi informacja, że ewangelikalna konserwa aż w 1/3 poparła McCaina. W chwilach lepszego humoru, tłumaczył bym to przewinami Lutra wobec Matki Kościoła, ale trzeba przyznać, że amerykańscy protestanci – przynajmniej ci z „Belta” – zwykle trzymali pion polityczny i dzięki nim jakoś w Stanach prawica pozostawała prawicą. A w tym roku będziemy mieć w USA republikanina, przy którym dowolny kandydat demokratyczny sprzed 30 lat mógłby uchodzić za wzór cnót. To był zły wtorek.
Krótko pisząc – nie ma wyjścia. Do 2012 (mam nadzieję, że Aztekom coś się powaliło i koniec świata nastąpi nieco później) musimy popchnąć Chucka Norrisa w ślady Ronalda Reagana. Od zdemokratyzowane Rambo wolałbym już Strażnika Teksasu.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)