Dziś nie będzie zwykłej dawki patosu, acz temat równie istotny, może nawet bardziej doniosły niż Powstanie Tybetańskie, czy jakaś tam Eurorzesza. Otóż słowo na dziś: Święta Wielkiej Nocy.
A właściwie samokrytyka. Przez mijający wielki post, mówiłem/pisałem/myślałem o Wielkim Piątku raczej nie w kontekście samej Męki Pańskiej, ale tradsowo-„judeochrześcijańskich" przepychanki o modlitwę wielkopiątkową. O niedzieli Zmartwychwstania mówiłem/pisałem/myślałem częściej wyśmiewając propagatorów „święta Królika" i życzeń w stylu „wesołych wakacji wiosennych", niż mając gdzieś tam w sercu samego Chrystusa. Krótko pisząc - sporo czasu poświęciłem na zupełnie drugorzędne aspekty świąt - same w sobie pożyteczne, ale wszak kompletnie nieistotne wobec doniosłości Wielkanocy. Forma - i to przecież nie cała! - przysłoniła mi Treść. Cóż, jeszcze czas to naprawić.
Dlatego też życzę tak sobie jak i wszystkich szanownych Czytelnikom (bez różnicy - Paniom i Panom, Obywatelkom i Obywatelom, Towarzyszkom i Towarzyszom), aby Triduum Paschalne i Niedzielę Zmartwychwstania przeżyli jako Triduum Paschalne i Niedzielę Zmartwychwstania, a nie jako żadną inną, choćby najbardziej konserwatywną skorupkę.




Komentarze
Pokaż komentarze (4)