"Papież rzymski może i powinien pogodzić się i pojednać z postępem, liberalizmem i cywilizacją współczesną." Teza Osiemdziesiąta Zbioru Błędów, Pius IX.
Obywatel Profesor Sadurski raczył niedawno ogłosić JŚ Benedykta XVI liberałem. Jest to deklaracja dość zaskakująca, ale i ważna - otóż zbliża naszego ulubionego Obywatela Profesora do kręgów sedewatykanistycznych, głoszących ten pogląd już od inauguracji pontyfikatu, a szerzej - jeśli chodzi o wcześniejszych papieży - od ponad czterech dekad. Wbrew powierzchownym różnicom, jakim jak stosunek do „Praw Człowieka" (używam jednego cudzysłowu łącznie, choć powinienem użyć dwóch i wstawić oddzielnie „prawa" i „człowieka"), demokracji czy wolności religijnej. Na bardzo podstawowym poziomie sedecy i OP (Obywatel Profesor, nie mylić z Ordo Praedicatorum) wyznają jedną prawdę wiary. Errare Scriptura.
Otóż oba środowiska intelektualne (OP jako szanowny przedstawiciel szerszego, liberalnego kręgu) - których słucham z uwagą, uznaje słuszność wielu diagnoz i niemal nigdy nie zgadzam się z wnioskami - dość brutalnie zwątpiły w słowa Chrystusa, zapewniające Piotra, że Kościół Katolicki nie zostanie zdobyty przez moce piekielne (Mt 16,18). Stolicopróżniowcy oraz Obywatel Profesor uważają, że Benedykt stał się liberałem.
http://wojciechsadurski.salon24.pl/71268,index.html
No dobrze, koloryzuję. OP dodał słówko „prawie" które - jak dobrze wiemy - robi różnicę. Mimo wszystko w swoim tekście co najmniej raz zarzucił Ojcu Świętemu herezję modernizmu. Stwierdził, że papież uznał prymat „Praw Człowieka". Nad czym? Cóż, tego OP nie precyzuje, ale przyjrzyjmy się całemu ciągowi wywodu naszego uczonego Florentczyka*. Obywatel Profesor widzi Proces, proces godzenia się Kościoła ze światem współczesnym. Za jeden z etapów tegoż uznał domniemane ochrzczenie demokracji przez Jana Pawła II (co wydaje mi się absurdalne, ale o tym w innej notce. Poza tym, o zmarłych nic albo dobrze, więc lepiej, aby OP bardzo ostrożnie rzucał oskarżenia o demokratyzm, bo Jan Paweł Drugi nie może się już przed nimi bronić). Kolejnym stadium miałoby być uznanie prymatu „Praw Człowieka". Mnie ta teza nie przekonuje już z zasady, bo wszystkie nieuchronne procesy pachną mi sprymityzowanym Heglizmem-Marksizmem-Fukuyanizmem, ale furda - potraktujmy wywód OP śmiertelnie poważnie.
Domniemywam, że wspomniany Proces stanowi zmianę tradycyjnego magisterium, na to liberalne. Jak zapewne wiemy, kiedyś prymat - rzekłbym nawet: bezwzględny - zachowywały Prawa Boże, wynikłe z objawienia. Wedle interpretacji Florentczyka, papież uznał prymat „Praw Człowieka" wynikłych z głosowania. Cóż, jeśli na serio uznać demokratyczny przewrót, jaki ponoć dokonał się za Jana Pawła Drugiego, to tylko oczywista konsekwencja wcześniejszego kursu. Ale przyjrzyjmy się argumentom, które Obywatel Profesor przytoczył.
„Prawa człowieka" należy promować. Ano należy, tak samo, jak należy promować zasady Savoir-vivre czy system metryczny. Ale czy na pewno tak samo, jak Prawdę Objawioną? Papież poświęca sporo miejsca, aby wskazać, że akcydentalnie „Prawa Człowieka" w znacznej części pokrywają się z Prawami Bożymi.
„Za pośrednictwem Narodów Zjednoczonych państwa postawiły sobie uniwersalne cele, które choć nie są zbieżne w pełni z dobrem wspólnym rodziny ludzkiej, reprezentują niewątpliwie podstawową część tego dobra."
Ale to zdanie „znaczy więcej niż mówi". Tak samo jak Obywatel Premier zapowiadając poszkodowanym właścicielom 20% wartości mienia w odszkodowaniu, wyraźnie wskazał, że z pozostałymi 80% procentami możemy się już żegnać. Podobnie JŚ Benedykt XVI - wskazał na istnienie różnic pomiędzy prawem które jest prawdziwym dobrem wspólnym (Prawo Boże) i tym którym nim w całości nie jest („Prawa Człowieka").
Dalej „Prawa Człowieka" są wspominane już w kontekście konkretnego dokumentu, tj. Deklaracji 1948 (swoją drogą, data znamienna). I zaznaczył, że wpisane przez uchwalaczy prawne akcydensy (przez przypadek w dużej mierze zgodne z Prawem Bożym) są ważne tylko przez pryzmat chrześcijańskiej definicji Osoby Ludzkiej. Nie „Człowieka", bo człowiek to abstrakt. Osoba Ludzka, termin zakorzeniony w Magisterium Kościoła to powszechnik. Może niuans, ale czasem niuanse są znaczące. Jak w tym kawale o nosie...
„Oczywiste jest jednak, że prawa uznane i nakreślone w Deklaracji stosują się do każdego na mocy wspólnego pochodzenia osoby, która pozostaje najszczytniejszym punktem stwórczego planu Boga dla świata i dla historii."
Źródłem prawa, wolności i godności nie są oenzetowscy uchwalacze. Nie są abstrakty. To Bóg.
„Usunięcie praw człowieka z tego kontekstu oznaczałoby zawężenie ich zakresu i ustępstwo wobec koncepcji relatywistycznej, zgodnie z którą znaczenie i interpretacja praw byłyby zmienne, a ich powszechność byłaby zanegowana w imię odmiennych kontekstów kulturowych, politycznych, społecznych czy wręcz religijnych."
Papież nie mówił tylko prawach, skazywał, że te nie są pełne, bez obowiązków.
„W imię wolności musimy wskazywać na związek pomiędzy prawami i obowiązkami, poprzez które każda osoba wezwana jest do wzięcia odpowiedzialności za swoje decyzje, podejmowane przy wchodzeniu w relacje z innymi."
Bardzo to nieliberalne pojmowanie wolności. Bardzo nieabstrakcyjne i niewygodne. A także bardzo odważne, jeśli owe zdania zostały wygłoszone tam, gdzie zostały. Bo Florentczyk jakby zapomniał o jednej, niezwykle ważnej rzeczy - kontekście. Przemówienie Ojca Świętego to nie nauczanie ex cathedra, encyklika czy konstytucja soborowa. To mowa do wiernych i niewiernych, ewangelizacja - w stopniu dopuszczonym przez warunki zewnętrzne. Benedykt XVI mówił w kraju niewiernych. Być może niemal wszyscy Amerykanie to chrześcijanie. Znaczna ich część to katolicy. Ale ani siedziba ONZ to nie całą Ameryka, ani porządek tego biurokratycznego molocha to nie atmosfera słuchaj w skupieniu katechezy. Jego Świątobliwość mówił w otoczeniu ideowo i metafizycznie wrogim - laickim zrzeszeniu świeckich państw. Organizmie, który w swoich metafizycznych podstawach ma się nijak do Ordo Veritatis. Obywatelu Profesorze! Zapewniam Obywatela, że misjonarze przybywający w pogańską dzicz też nie zaczynają katechezy od Syllabusa. Zwykle na początku delikatnie sugerują, że nasz Wielki Mzimu jest taki jak ten tutejszy, tylko, że jedynie On jest prawdziwy i istnieje w trzech Osobach.
Na Syllabusa przychodzi czas, jeśli misjonarz nie zostanie zjedzony. Czasem tak się dzieje, w imię różnych bożków. Tych demokratycznych także.
* Bardzo przepraszam Franciszka Florentczyka. Jego przydomek będę stosował także (w obrębie bloga niemal wyłącznie) w odniesieniu do Wojciecha Sadurskiego.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)