W grach FPS (First person shooter, ew. FPP - first person perspective) funkcjonuje określenie "rocket jump" na pewną szczególną i dość desperacką akcję gracza. Jeśli punkt X jest zbyt wysoko, aby zawodnik A mógł tam doskoczyć, często sprytny shooter strzela sobie pod nogi z broni o obrażeniach obszarowych, zwykle symulowanych w świeci gry przez solidny odrzut. Taki odrzut podrzuca gracza znacznie wyżej niźli zwykły skok. Nie wiem, czy Dolnad Tusk grywa w Unreal Tornament. Jeśli tak, to nie przyswoił sobie podstawowej zasady FPS, brzmiącej: Do not try this at home!
Premier miał w garści wszystkie atuty - korzystając z przewagi wciąż sprzyjających mu mediów prywatnych i niepewnej neutralności zanarchizowanych mediów publicznych, mogąc przykryć niemal każde faux pas dyskusją o kryzysie finansowym, lub zwalaniem winy za upadek stoczni na poprzednie ekipy, postanowił przeczołgać prezydenta, wyraźnie pokazując, że konstytucja konstytucją, ale rządzi Partia Miłości. I nie powiem, że Tusk przelicytował. On strzelił sobie w stopę i to używając broni przeciwpancernej.
Po co mu to było? Gdyby zadowolił się jedynie podszczypywaniem prezydenta, mógłby przedstawić swój atak jako skierowany na Lecha Kaczyńskiego, a nie na urząd. Ale międzynarodowe upokorzenie najwyższego urzędnika RP zawsze będzie upokorzeniem najwyższego urzędnika RP, nie tylko wewnętrznym meczem polskiej polityki. A przez zupełnie bezmyślne przeniesienie bijatyki na poziom miedzynarodowy, podał przezydentowi niezawodne argumenty. To Lech Kaczyński chodzi teraz w glorii męczennika i może przedstawiać swoje upokorzenie, jako policzek wobec urzędu. I nawet cały chór klakierów partii rządzącej (vide: goebelsówka Azraela) nie zatrze wrażenia, że Donaldu Tusku przekroczył pewną granicę.
Dlaczego skojarzyło mi się to z grami komputerowymi? W FPS działania ryzykowne, jakiej jak rocket jump są czasami bardzo skuteczne, wymagają jednak pomyślunku. Podobne działania stosują gracze „zdrowi" (to jest posiadający odpowiedni poziom punktów życia i/lub pancerza), gdyż dla nich ewentualne zyski z takiego gambitu są większe niż straty. Ale Premier - używając wciąż elektronicznej metafory - w kilku poprzednich starciach z prezydentem naruszył swój zasób punktów miłości. Dotychczas udawało mu się przedstawić siebie jako stronę atakowaną i reagującą z pewną powściągliwością. A jednym szczeniackim gestem - zabierając samolot oficjalnie zaproszonemu Preziowi - zużył chyba już cały zapas „love pointów" jaki miał na podorędziu. Od tej pory nie będzie mógł udawać Barana Pokoju, jako że jego głupiej zagrywki nie da się rozpatrywać inaczej, niźli jako ofensywną.
I teraz Lech Kaczyński ma niepowtarzalną szansę upudrować się na demokratę, broniącego Polski przed autorytarno(sic!)-dyktatorskimi zapędami premiera. Ostatecznie posiadającego mandat wyborczy społeczeństwa prezydenta powstrzymał urzędnik wybranego pośrednio premiera. Zapewne korzystający z tego zamieszania PIS zacznie przypominać, że prezydent jest prezydentem z woli Narodu, a premier premierem z woli TVNu. O sprawach międzynarodowych decyduje koteria nieuchwytnych medialnie „onych" z kancelarii Prezesa Rady Ministrów, a Układ nie pozwala prezydentowi bronić naszej Ojczyzny w Brukseli. Nie ważne, jak (nie)prawdopodobna jest przedstawiona w poprzednich zdaniach wersja - grunt, że brzmi znacznie sensowniej niż bełkotliwe tłumaczenia rządu Partii Obiecanek.
Nie twierdzę, że „afera samolotowa" jest punktem zwrotnym Rządów Miłości - po prostu Tusk straci na niej znaczenie więcej niż w jakiejkolwiek wcześniejszej wpadce. I tak trybiki państwa demokratycznego po raz kolejny poruszają emocje. Jako osoba raczej zdystansowana wobec sporu PISu i PO patrzę na ten spektakl z daleko, tylko czasem zawracając uwagę, jaka to piękna katastrofa.
Tak jak teraz.
Cytat dnia:
„Błogosławieni, którzy nie mają nic do powiedzenia, a mimo to milczą." - Przypisywane Julianowi Tuwimowi, ale nie znalazłem źródła.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)