Bernard de Batalio Bernard de Batalio
63
BLOG

Halloween z Krytyką Polityczną

Bernard de Batalio Bernard de Batalio Polityka Obserwuj notkę 0

Ogólna laicyzacja świata wpływa też na zaświaty, gdyż przed pogańskim świętem Halloween wychodzą (coming out) różne straszydła. Wczoraj, na ulicy Chmielnej (siedziba KP) wyszło z szafy straszydło feminizmu, czego byłem świadkiem. Nieco rozbawionym świadkiem, ale o tym dalej.

Pretekstem do guseł była premiera polskiego przekładu słynnej książki „Gender Trouble" autorstwa tow. Butler. Kniga leciwa (1990), acz dla naszego swojskiego podwórka to najnowsze objawienie. Dotychczas myślałem, że to konserwatyści mają poważne obsuwy z recepcją nośnych memów. Ale wróćmy do rzeczy - w klubie KP byłem po raz pierwszy i na tę okazję się starannie przygotowywałem. Inkryminowaną książkę znałem jedynie fragmentarycznie, z obszernych cytatów przytaczanych w prawicowym światku, jako przykład zupełnego odlotu umysłowego feministek. Jednak zdobyłem angielską wersję tekstu i przyswoiłem dość absurdalne tezy tow. Butler. Kto ciekaw treści, ten niech sam czyta, choć prawdę pisząc nie wiem, czy warto szargać nerwy - streszczenie z angielskiej wiki tłumaczy więcej niż autorka. W dużym skrócie tow. Butler odrzuca „klasyczne" narracje feministyczne, stwierdzając, że te też są wynikiem rządu mężczyzn. Jej program pozytywny polega na niszczeniu, tj. dekonstrukcji dotychczasowych tożsamości płciowych i wszelkich innych, a szpicą tego postępu są frywolni przebierańcy (wszelcy dragersi). Powyższy opis jest w zupełności prawdziwy - sam takich bzdur bym nie wymyślił, skądeś je więc wydobyłem. A teraz o spotkaniu i straszydłach.

[Od razu zaznaczę, że nie dam się wciągnąć w rozmowę na temat urody (lub jej braku) u feministek.]

Zaproszonymi gośćmi byli: ex-minister Kluzik-Rostkowska, Olga Lipiński i Bardzo Znana Pisarka, której nazwisko uleciało mi z pamięci. Dyskusję prowadził - antypatyczny jak zwykle - Roman Kurkiewicz. Ku mojemu zdumieniu najmniej groteskowo brzmiały wynurzenia pani Olgi. Kabaret OL w ostatnich latach kojarzyłem raczej z prostacko-politycznymi wypowiedziami jego członków, ale sama Szefowa na niedawnym spotkaniu wydała mi się całkiem uporządkowaną (sic!) lewaczką. To ona broniła „tradycyjnych tożsamości" (fakt, wychodząc z liberalnych paradygmatów, ale zawsze...) wobec dość fanatycznie zacietrzewionej Znanej Pisarki i tryskającą - intensywnie, nawet jak na standardy PISu -  rosą socjalizmu Rostkowską. Jednak to nie goście byli najważniejsi na tych intelektualnych Dziadach.

Podczas spotkania odniosłem wrażenie, że spośród kilkudziesięciu osób obecnych na sali, tylko tłumaczka i ja znamy treść promowanej książki. Paneliści szybko przyznali się do niewiedzy i rozbroili mnie bezlitośnie agumentum ad niekompetentium. Chciałem pryncypialnie poobalać co bardziej egzotyczne tezy książki, ale tego zrobić nie mogłem. Aby zaprzeczyć poglądowi przeciwnika, ten musi mieć jakikolwiek pogląd. Na temat książki mówiła translatorka i (trochę) ja, a sala skryła się za grubą ścianą ignorancji. Nie krytykuję ich - są szczęśliwszymi ludźmi, bez lektury Gender Trouble.

Dwa razy miałem mikrofon i zadawałem nawet pytania. To najbardziej rzeczowe - czy tzw. Moherowe Babcie nie burzą tradycyjnych tożsamości płciowych skuteczniej niż kompulsywnie demoralizujący społeczeństwo przebierańcy - przeszło bez echa. Nie wiem czy z powodu mojego nikłego uroku osobistego, czy braku zdania w ww. temacie. Posłuchałem za to wywodów jakiejś feminazistki, tak stanowczo obwiniający Kościół Rzymskokatolicki za wszelkie zło na świecie, że nawet jeden z obecnym tam Pryncypialnych Ateistów wyśmiał tezy halloweenowego straszydła (intelektualnego, rzecz jasna). Chyba jednak zbyt subtelnie, by ta się obraziła.

Dyskusja skoczyła się bez konkluzji - poza tezą o grzechu pierworodnym wobec Postępu, popełnionym przez Kościół (anonimowa feminazistka) oraz potrzebą wprowadzenia nowych przepisów i regulacji prawnych ratujących świat i okolice (min. Kluzik-Rostkowska). Wyszedłem z poczuciem lekkiego niedosytu i z tego powodu poszedłem z O. na piwo.

Ten wieczór pozwolił mu oddemonizować w świadomości Krytykę Polityczną i jej dwór. Nie wiem, na ile to spotkanie było reprezentatywne dla zwykłej działalności klubu, jednak po pierwsze, zgromadzeni tam ludzie nie wyglądają en masse jak nadęte butze* plujące nienawiścią na każdy przejaw Ancient Regime. Zaproszenie K-R, może socjalistki, ale ponoć w Boga wierzącej, odebrałem jako miły akcent.

Co jednak ważniejsze - KP nie jest śmiertelnie niebezpieczną lożą skutecznie knujących rewolucjonistów, a zwykłym, zblazowanym klubem kawiorowej lewicy, puszącym piórka Lenina u Bram dzięki rządowym dotacjom i skutecznemu pijarowi kilku decydentów. Fakt nieznajomości tekstu, o którym mieliśmy rozmawiać wzbudza w mym sercu pełne nadziei przemyślenia na temat kondycji intelektualnej polskiej lewicy.

Po trzecie - ciastka były dobre. Niech lepiej kupują za te rządowe pieniądze słodycze, zamiast drukować książki. I niech nie czytają. Straszydłom nie potrzebne Pismo.

 

* piszę „butz" chcąc okazać szacunek pewnemu Znanemu Senatorowi i jego manierom nomistyczno-lingwistycznym.

Zapewne będę wycinał komentarze niegodne, bo miła wolność słowa, ale przyzwoitość milsza.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka