0 obserwujących
7 notek
1177 odsłon
  145   0

Rejs szczura lądowego z Grecji do Turcji. Odsłona 4.

Mamy tylko jeden dzień, żeby pojeździć wynajętym autkiem po wyspie Rodos. Chcemy objechać ją dookoła, żeby rzucić okiem na najpiękniejsze krajobrazy, bo na dokładne zwiedzanie nie ma już czasu. Najpierw kilka kroków po rodyjskim Nechorio - tak zwanej Nowej Wsi W architekturze okazałych budowli teatru i ratusza widać styl włoskiego modernizmu z czasów tworzenia się faszystowskiej dyktatury Mussoliniego. Włosi rządzili na Dodekanezie przez 30 lat od roku 1912 do 1943. Nieznacznie rozbudowali miasto w pobliżu zachodniego portu Mandraki - tego w którym w III w p.n.e . przypływające okręty witał przy wejściu Kolos Rodyjski – ponad 30 - metrowy pomnik Heliosa, uznany za jeden z siedmiu cudów świata antycznego. Nie postał długo, bo po sześćdziesięciu dwóch latach zniszczyło go trzęsienie ziemi. Nie wiadomo nawet jak wyglądał, a wszystkie ryciny, to jedynie wyobrażenia, bo zostały stworzone dużo później. Dziś zamiast patronującego wyspie Heliosa, u wejścia do portu Mandraki, stoją na kolumnach inne symbole miasta - spiżowe figury łani i jelenia. Samego basenu portowego bronił XV-wieczny fort św. Mikołaja. Przytulone są do niego średniowieczne, kamienne wiatraki, podobne do tych z Mykonos. W katedrze Evangelismos ( Zwiastowania Pańskiego) właśnie skończyło się nabożeństwo, bo wierni i dostojny duchowny odziany w sticharion, wychodzą na zalany słońcem plac. Katedra, choć wygląda na dużo starszą, została wzniesiona w 1925 roku przez Florestano di Fausto, włoskiego architekta, który do jej budowy wykorzystał plany świątyni Joannitów, stojącej niegdyś w obrębie murów miejskich i zniszczonej w XIX wieku, przez wybuch amunicji po uderzeniu piorunu. Ze stolicy wyspy ruszamy na południe, wzdłuż zachodniego wybrzeża, zalesionego i niedostępnego, z kamienistymi plażami, wystawionymi na podmuchy wiatru. Kusi nas dotarcie na, widoczny prawie z każdego zakątka najwyższy szczyt Attaviros - 1215 m.n.p.m. Można tam dojechać, ale droga po pokonaniu połowy dystansu okazuje się zbyt trudna dla naszego małego autka, choć i tak widoki nawet z tej wysokości są imponujące. Po wertepach, wśród kóz znienacka wyskakujących na drogę, zjeżdżamy północnym zboczem wapiennego masywu Attaviros, do wioski Embona, słynącej z produkcji win i „soumy" - mocnego destylatu winogronowego podobnego do włoskiej grappy. Pełno tu rodzinnych tawern i winnic, prowadzonych od pokoleń przez całe rodziny. Zajadamy się soczystym kozim mięsem z rusztu i spędzamy uroczą godzinę na degustacji lokalnych trunków, serwowanych przez czarującego właściciela jednej z wielu miejscowych winnic, która służy całej rodzinie od 1928 roku. Zaopatrzeni w spory zapas wina, soumy i tymiankowego miodu ruszamy do niedalekiej wioski Monolithos. W jej pobliżu, na skale zawieszonej 200 metrów nad spienionymi falami Morza Egejskiego rycerze św. Jana wznieśli w XV wieku najbardziej chyba imponujący, zwłaszcza przez swoje położenie, zamek wyspy. Choć niewielki, był obok Lindos i Feraklos, jedną z trzech głównych twierdz, rozlokowanych poza stolicą. Na porośnięte piniami wzgórze można dojechać i tylko ostatnie metry trzeba pokonać pieszo, wspinając się po stromych schodach. Po twierdzy zostało jedynie niewielkie rumowisko, kilka kamiennych cystern i, najlepiej zachowany, kościółek Agios Panteleimonas, z drzwiami taki niskimi, że do ich górnej belki przymocowano skórzaną poduchę, żeby chroniła głowy pielgrzymów, przed nieopatrznym uderzeniem. Niejeden musiał nabić tu sobie sporego guza, ale z pewnością każdy guz i siniak wart był oszałamiających widoków na Zatokę św. Jerzego ( Ágios Geórgios) i dziki, górzysty brzeg. Z położonego na południowym -zachodzie Monolithos, przenosimy się na wschodnie wybrzeże. W Lindos, którego nie udało nam się zwiedzić podczas nocowania na kotwicy w tutejszym porcie, jest tego dnia duży tłok. Tłum turystów kłębi się wśród białych domków i snuje po wąskich uliczkach. Znalezienie miejsca parkingowego przed miasteczkiem, do którego samochody nie mogą wjeżdżać, jest niemożliwe. Podjeżdżamy wyżej, na parking z którego doskonale widać maleńką, okoloną kamiennym falochronem zatoczkę św. Pawła. Podobno św. Paweł na prymitywnej łodzi dopłynął właśnie w to miejsce, kiedy w 51 r.n.e. przybył na Rodos, aby chrystianizować miejscową ludność. Wzdłuż łagodniejszego, wschodniego wybrzeża ciągną się tereny opanowane przez masową turystykę ze wszystkimi jej konsekwencjami - wielkimi hotelami, żwirowymi plażami upstrzonymi plamami kolorowych parasoli i leżaków. Za miastem Archangelos, w pobliżu którego miał podobno posiadłość Anthony Quinn, na bardzo wysokim wzgórzu znajduje się mały biały kościółek Panagia Tsambika postawiony tutaj w XV wieku. Wdrapuję się po 295 stopniach, żeby zobaczyć tzw. tagmata - dary wotywne umieszczane przy cudownym obrazie, przez kobiety, które modlą się tutaj o łaskę macierzyństwa. Są tu małe lalki, fragmenty ubrań i fotografie. W niewielkim wnętrzu unosi się zapach wosku pszczelego z rozpalonych wokół świec. Co roku, 8 września, modlące się o potomstwo kobiety przychodzą do kościółka i zjadają kawałek świecy, co podobno ułatwia im zajście w ciążę..... cóż, co kraj, to obyczaj. Późnym popołudniem docieramy do mariny, mając świadomość , że Rodos kryje jeszcze wiele tajemnic. Poczekają na nas do następnych odwiedzin. Ostatni wieczór, przed wypłynięciem do Turcji spędzamy nader wesoło. Niemiecka załoga cumująca z drugiej strony betonowego pomostu zaprasza nas do wspólnej zabawy. Przystojny, uśmiechnięty chłopak wygrywa na małym akordeonie wszystkie melodie świata. Do zabawy dołączają się jeszcze starsi Austriacy. Wymieniany się butelkami wina i śpiewamy wszystko, co się da od włoskiej „Bella Ciao”, przez skoczną rosyjską „Kalinkę", po romantyczne francuskie „Les Champs-Elysées”. Czasem słowa zwrotek zna tylko jedna osoba, ale refreny śpiewają wszyscy. Jest tak, jakby świat był szczęśliwy. C.D.N.

Zobacz galerię zdjęć:

+4 zdjęcia +5 zdjęć
Lubię to! Skomentuj15 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości