Prezydent Obama podniósł ciśnienie tętnicze wielu europejskim obserwatorom jego rosyjskiej podróży. Pewnie 90 procent skoku tego ciśnienia przypada na krew płynącą w tętnicach polskich a pozostałe 10 to krew przypadkowych kibiców. Straszny teraz podniesie się pewnie lamot, bo jak widać po komentarzach w prasie i tv amerykańskiej i angielskiej, tarczy w Polsce raczej nie będzie. To wspaniałe przedsięwzięcie, które mimo że zawsze było li tylko w sferze mglistych planów a już od czasu gdy Obama wprowadził się do Białego Domu stawało się coraz mniej realne, było dla nas niczym film sf- im bardziej nieprawdopodobne tym większe wywoływało nadzieje i emocje. Dzięki tarczy, polska miała stać się w końcu najbliższym sojusznikiem, najwierniejszym sprzymierzeńcem a nawet partnerem USA w Europie. Nie pomni lekcji irackiej i zaangażowania w tą awanturę, która miała już wtedy podnieść nasz prestiż w Europie i na świecie a w konsekwencji podniosła tylko wydatki, znowu zgłaszaliśmy się na ochotnika. Kto chce tarczę?... Ja, ja, ja nam dajcie. Jeśli niedobry Obama przechandluje z Rosjanami ten projekt w zamian za współpracę czy raczej ustępstwa w kwestii Iranu i logistyczną pomoc w Afganistanie spadną na biedaka polskie razy. W tym pewnie i kilka ciosów z Salonu od osób kwestionujących sens integracji z UE i przeciwstawiających temu możliwość sojuszu z jakże chętną do tego Ameryką.
Jakoś nawet gdybym bardzo chciał nie mogę znaleźć w sobie argumentów jakimi mógłbym potępić amerykańskiego prezydenta a które poparły by nasze polskie żale. Chłop przyjechał, pogadał i załatwił co chciał albo co mógł. I jakoś nie mogę sobie wyobraźić, że choc przez chwilę pomyślał: "no dobra dobra, ale czy to co ustalimy będzie dobre dla Polski?". Tymczasem ogromna część polskiego myślenia o Ameryce i o polityce USA w Europie opiera się na takich naiwnych przesłankach. Na przekonaniu, że Polska może być podmiotem w amerykańskiej polityce w tym rejonie i jest partnerem z którym trzeba się liczyć.
Nie mam zamiaru negować przydatności politycznej ani tym bardziej militarnej, tarczy w Polsce. Myślę jednak, że wizyta Obamy w Rosji pomogła części społeczeństwa w nieco trzeźwiejszym spojrzeniu na realne miejsce naszego kraju w stosunkach z USA. Na raze zachowujemy się jak prezydent Kaczyński przy spotkaniu z Bushem, -speszeni, niepewni, nieśmiali i spoceni z wrażenia.
Slantie.


Komentarze
Pokaż komentarze