33 obserwujących
70 notek
210k odsłon
  185   0

Dżuma, czy cholera?

 Jedną rzecz warto zauważyć. Mianowicie pewną zgodność naszej kasy politycznej wobec ostatnich wydarzeń na wschodzie. Rzecz godna zauważenia, bo niezwykle rzadka pośród nienawidzących się szczerze i żrących się jak psy naszych polityków. A może to tylko przedstawienie? Po kłótni w studio politycy z różnych partii idą na przykład na wódkę? Chyba nie. Kiedyś tak było. Tak jest w innych, lepszych krajach, gdzie tamtejsi politycy kulturalnie wymieniają się poglądami przed kamerami, a za sceną stanowiskami, żonami, dziećmi, domami, czy partnerami. I gra muzyka, to jest w najlepsze gra melodia demokracji. Po katastrofie smoleńskiej to raczej wykluczone. A tutaj tak niespodziewana jedność wobec agresji strasznego cara Władimira Groźnego na niewinną jako lilija ukraińską krasawicę. W zasadzie od początku trzeciej erpe są u nas dwie partie. Pierwsza to partia postępowa, która bierze pieniądze i instrukcje z Berlina. Nazwy partii się zmieniają, kiedyś była unia, dziś platforma, ale istota ta sama. Nazwijmy ja partią niemiecką. Druga partia, też postępowa, o korzeniach w zaprzeszłym ustroju, nazywana często postkomunistyczną. Wzorem swoich ojców i dziadów, oglądają się na Moskową. Nazwy też się zmieniają, jak pory roku. Niestety, dla tych tzw. polityków niestety, chciała bieda, że Moskwa albo nie chce, albo nie może inwestować zbyt dużo w sprawdzonych współpracowników w priwislanskim kraju. Na pewno nie tyle, ile inwestuje Berlin w swoich kolaborantów. Bida i mizeria w tej partii lewicowej. Nazwijmy ja partią moskiewską.

Jeśli tak spojrzymy, to ostanie 30 lat niepodległej 3-iej erpe to walka miedzy partią niemiecką i moskiewską. Berlin nie szczędzi grosza, to jest euro nie szczędzi – ma z czego dawać, to trzeba przyznać – wskutek czego na początku tego wieku partia moskiewska została zepchnięta do defensywy, a nawet wypchnięta z parlamentu. Mieliśmy dwie kadencje rządów partii niemieckiej. I oszałamiające sukcesy rudego premiera, który z łaski Berlina później został nawet królem Europy! Kilka lat temu do stołu zasiadł trzeci gracz. Nowa partia, rzekomo prawicowa i konserwatywna, oskarżana jest gołosłownie i niesprawiedliwie o nacjonalizm i populizm. Partia ta jest w istocie głęboko socjalistyczna, a swe oparcie upatruje w Unii Europejskiej. Nieustannie i żarliwie wierzy w deszcz; nie deszcz, w powódź, w potop euro, jaki spuszczą nam z nieba wysocy, unijni komisarze na czele z germańską blond bestią, Ursulą, przewodniczącą. Zamiast euro, wysocy komisarze spuszczają się na nas zgoła inaczej, ale to partii rządzącej nie zraża. I nie umniejsza żarliwej wiary szefostwa owej partii w unię. Nazwijmy ją zatem partią brukselską. Blond Ursula jest na bezpośrednim łączu z Berlinem i nie kiwnie placem bez zgody kanclerza IV Rzeszy. W zasadzie partia brukselska to inne wydanie partii niemieckiej. Ale niech będzie, że to partia brukselska i konserwatywna, która rządzi u nas już drugą kadencję niosąc ideały GODNEGO życia i sprawiedliwości społecznej. I niepodległości, żeby było śmieszniej. Tu powstaje pytanie. Czy u nas, w Polsce, może powstać partia, która nie ogląda się na żadne zewnętrzna wsparcie? Powstać może, ale odnieś sukces wyborczy to chyba nie.

Cała ta nasza scena polityczna przypomina kabaret, lub teatrzyk. Kiedyś był taki teatrzyk Zielona Gęś. Książka Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, nawiasem mówiąc świetny poeta i satyryk. Jak piszą krytycy: absurdalny dowcip i groteskowe poczucie humoru. Pasuje jak ulał do współczesności. Teatrzyk Zielona Gęś, gdzie nic nie jest tym, czym się wydaje. Wracając do tematu. Nasza jakże podzielona scena polityczna: partia niemiecka, moskiewska i partia brukselska, tym razem mówią (prawie) jednym głosem zionąc oburzeniem na cara Wszechrusi, boskiego Władimira. Ah, jakie on ma ciało! Mimo wieku, jak młody bóg! Chyba udzielił mi się ten absurdalny i groteskowy humor Ildefonsa. Nawet partia moskiewska nie wyłamuje się ze zgodnego chóru potępienia. Co może świadczyć, że Moskwa całkiem zakręciła kurek z pieniędzmi. Nawet postkomuniści mają swój homar. Dają dupy, sprzedają się, owszem, ale nie za darmo. Nie są szmatami..

No i tak to się toczy kakofonia oburzenia, potop potępienia, huragan oskarżeń, tsunami ostrzeżeń… etc, etc., etc. Nie tylko u nas, ale w Europie i u Anglosasów. A carowi Wszechrusi Władimirowi Władimirowiczowi to lata i powiewa. I tak zrobi to, co sam będzie uważał za słuszne: dla siebie, dla Rosji, dla imperium. Wie, że ani prezydent usa, ani żaden z wielkich, nie rozpocznie wojny nuklearnej po to, by Charków pozostał ukraińskim miastem. I mnie też to lata. Kiedyś było polskie miasta Wilno i Lwów. W Wilnie praktycznie nie było Litwinow, we Lwowie Ukraińcy stanowili małą mniejszość. Józef Stalin i F. D. Roosevelt, 32 prezydent usa, orzekli, że słuszne jest i sprawiedliwe, aby Wilno i Lwów przyłączyć do ZSRR. Stalin zadecydował, żeby Wilno włączyć do Litewskiej SRR, zaś Lwów do Ukraińskiej SRR. I co? Nikogo to nie obchodziło. Nikogo na zasmrodzie, ani w usa, czy Kanadzie. U nas obchodziło, jak najbardziej. Dalej, niejaki Nikita Chruszczow, gensek KPZR, zadecydował żeby Krym przyłączyć do Ukraińskiej SRR. Dlaczego? Chruszczow był sekretarzem Ukraińskiej części KPZR, i lubił Ukraińską SRR. Poza tym nikt nie sądził, żeby to miało jakiekolwiek znaczenie, czy Krym będzie częścią Rosyjskiej SRR, czy Ukraińskiej SRR. Podobnie u nas Gierek, gensek PZPR, orzekł, że ma być 49 województw, i że na przykład Krosno będzie województwem, czy Słupsk.

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale