29 obserwujących
58 notek
207k odsłon
  259   0

Pomagać trzeba umieć

Już trzeci tydzień trwa wojna na Ukrainie, to jest przepraszam, w Ukrainie. Tak się powinni pisać: w Ukrainie, żeby nie podbudowywać tego naszego żałosnego i śmiesznego poczucia wyższości. Do naszego kraju przybyło już ponad dwa miliony Ukraińców. To, co powinniśmy wszyscy robić, to pomagać. Pomagać i jeszcze raz pomagać. Pomóc biednym Ukraińcom uciekającym przed terrorem ruskiego Hitlera.

- Nam nada pomagat’! My zdełajem wsio sztoby pomóc! – zarzekał się Mordechaj Mordechajowicz Burumstein, wice naczelny prześwietnej gazety popularnej – My w redakcjiu, nasz ober naczelnyj redaktor, no i ja! Ja sam otwarzu mój dom! Ja przyjmu wsiech uchodźców. Dzienieg nie wazmu, ni odnoj. Wsio za darmo. Po to, sztuby ci biedni ludzie mogli miet’ bezpiecznych dach nad gałowoj! - zarzekał się Mordechaj Mordechajowicz Burumstein i walił się w pierś szeroką, aż się rozlegało.

Deklaracja, że przyjmie do swojej willi uchodźców mocno mnie zdziwiła. Że za dramo, bez żadnych pieniędzy, to wprost nie do wiary. Ale pomyślałem sobie, ze może jednak się mylę, co do Mordechaja Mordechajowicza. Pod szorstką, powiedzmy szczerze – ordynarną – powłoką kryję się jednak złote serce. Pojechałem zatem jedną z fundacji na granice z Ukrainą, by pomagać uchodźcom. Wyjechaliśmy w nocy. Auto połykało kilometr za kilometrem a z głośnika radia płynęła rzewna piosenka „Podaj rękę Ukrainie”:

Gorące serca, choć dookoła sroga zima,

Zmarznięte usta, okrzyk wolności się zaczyna,

Co dziś powstało, niech żyje wiecznie i nie zginie,

Ty nie stój obok i podaj rękę Ukrainie.

 Aż serce rosło. Pomóżmy ofiarom zbrodniczej agresji Rosji na Ukrainę. Tak, pomóżmy! Pracowaliśmy w pewnej szkole w R. Szkolną aulę gimnastyczną zamieniono w pomieszczenie z rzędami łóżek. Praca była ciężka, ale dająca mnóstwo satysfakcji. Kroiłem chleb, robiłem kanapki, pomagałem w gotowaniu zupy, rozdawałem produkty z darów, które wpierw trzeba było przenieść i rozpakować. Cały dzień pracy a wieczorem mnie wywalili przez tego gnojka, Saszkę, może dziesięcioletniego Ukraińca. Już wcześniej go przyuważyłem. Rozdawałem dzieciom cukierki i słodycze, po kilka, by starczyło dla wszystkich, a ten przychodzi, i pakuje brudną łapę do wora i zabiera pełna garść czekoladowych cukierków a drugą zgarnia czekolady. No nic, myślę sobie. Biedny dzieciak, uchodźca z samego Charkowa. Dawno nie jadł słodyczy. Trzeba go zrozumieć. A ten wraca po jakiej pól godzinie i znów do wora i ucieka z garścią pełna cukierków. Czekolady i batoniki obroniłem. Gdy Sasza zjawił się po raz trzeci, byłem przygotowany. Znalazłem elastyczną linijkę, ze trzydzieści centymetrów długości. Gdy Sasza wyciągnął brudną lapę po cukierki, wygiąłem linijkę i puściłem. Aż trzasnęło. A Saszka w ryk. Ludzie się zbiegli, w tym moja szefowa. Tłumaczyłem, co ten gnojek zrobił, ale to nic nie dawało. Szeroka, czerwona pręga na łapie, no i ten rzewny płacz Saszki. Patrzyli na mnie jak na jakiegoś okrutnika.

Szefowa uznała, że nie powinienem mieć kontaktu z uchodźcami i przeniosła mnie do pomocy w kuchni. Wieczorem wysłali mnie z tacą z herbatami. Ze dwanaście szklanek na tacy, z wrzątkiem. Idę, ostrożnie, żeby nie wylać a tu jak nie rymnę! Poleciałem na tacę, taca na grubą Ukrainkę w kolorowym swetrze, a wrzątek poleciał i na nią i na moja rękę. Wstaję z baby, baba wrzeszczy coś po ukraińsku zdzierając z siebie gruby sweter, ręka mnie pali. Ludzie się znowu zbiegają. Widzę Saszkę: uśmiecha się i pokazuje mi środkowy palec i wyciąga stopę. To on podstawił mi nogę! To przez niego to nieszczęście. Aż mnie poderwało i… Naprawdę, nic mu nie zrobiłem, choć byłem cały w nerwach. Może go tylko szturchnąłem, raz czy dwa. Ale leciutko tyle co nic. Przecież to dziecko. Baba wrzeszczy, jej dzieciaki płaczą, Saszka ryczy. Słowem awantura na cztery fajerki. Szefowa przyleciała zobaczyć, co to za krzyki i od razu mnie wywaliła. Że niby znęcam się nad dziećmi i że nienawidzę Ukraińców, bo jestem ksenofobicznym nacjonalistą. Taka łatkę mi przypięli. Mnie, blogerowi postępowemu!!! Nie dali mi nawet doczekać do rana. Wyrzucili za drzwi. Dziesięć godzin w poczekalni na dworcu, w zimnie; rano wsiadłem do pociągu i jak niepyszny wróciłem do Warszawy. Tyle zyskałem z tej pomocy na granicy: oparzona ręka, pomówienia i oszczerstwa. Nie jest lekko, ani łatwo stać na straży postępu, wolności i tolerancji.

 Wróciwszy do stolicy pojechałem do szanownego Mordechaja Mordechajowicza pożalić się i opowiedzieć o ostatnich wydarzeniach. Mordechaj Mordechajowicz wysłuchał mnie łaskawie, pośmiał się, ale nie mógł poświecić mi wiele uwagi. Jego piękna i luksusowa willa pełna była ukraińskich uchodźców i uchodźczyń. Same kobiety i dzieci. Od razu zauważyłem, że kobiety młode i ładne, wiele z dziećmi. W sumie ze dwadzieścia sztuk.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale