Pisząc w „Dzienniku” o najnowszej aferze Rywina (kto ciekaw, niech gugluje, linka nie podam) Piotr Gursztyn kończy nagłą zmianą tematu:
„Inny jest morał z tej historii. Taki, że trzeba łapać się za portfel, gdy ktoś w Polsce zaczyna opowiadać o elitarności swojego środowiska zawodowego. Bo z pewnością taka opowieść nie jest opisem rzeczywistości, tylko ściemą służącą zachowaniu przywilejów i ukryciu patologii. Prawnicy nie są tu jedyną czarną owcą. Kilka dobrych rzeczy zrobili dla oczyszczenia własnego środowiska – np. adwokaci jako jedyni dobrowolnie się zlustrowali. Ciągle jednak widać, jak różne kasty gadaniem o troskliwie strzeżonym etosie zawodowym przykrywają swoją codzienną pazerność. A mentalność Nikodema Dyzmy – ta z braniem życia za grzywę i waleniem w pysk – występuje we wszystkich, od dołu do góry, warstwach społecznych.”
Nie da się przeoczyć, że Gursztyn zwraca taktykę kolegów z redakcji przeciw jej autorom i subtelnie daje im fangę w nos. Pytanie tylko, czy puszczenie jego przesadnie czytelnych aluzji to element rozgrywek wewnątrzredakcyjnych, czy wręcz przeciwnie, Gursztyn został zgodnie oddelegowany do wykonania pojednawczego mrugnięcia okiem pod adresem internautów. W ogóle ostatnie pląsy „Dziennika” zastanawiają – z jednej strony cały ten bajzel można wyjaśnić rychłym upadkiem gazety, z drugiej – specyfiką zawodu dziennikarza, który musi pisać jak mu „polityka redakcyjna” zagra (nie umiem inaczej wytłumaczyć groteskowości niektórych artykułów), z trzeciej – jakoś się te dwie rzeczy nie kleją, bo przecież nikt nie dałby się skorumpować za wierszówkę w praktycznie skończonym tytule, który i tak lada moment go odeśle na zieloną trawkę. Więc w końcu co – pikują, czy tylko kręcą piruety, zmieni się naczelny, czy forma dystrybucji? Ciekawość.
56
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (4)