O Andrzeju Jakimowskim znów powiedziano mnóstwo dobrego. Niezależny, samodzielny, dojrzały stylistycznie, tworzący świat osobny ale niezmanierowany, po polsku czeski. Złote Lwy zasłużone, boxoffice murowany, nic tylko przeć dalej.
A ja po wyjściu ze "Sztuczek" byłem nadzwyczaj zadowolony, że Jakimowski zjawia się rzadko. Nie potrzeba mi jego nowego filmu za rok. Mogę znów odczekać. Nie ma potrzeby dewaluować tego, co umie on powiedzieć w sposób tak celny, tak, że właściwie nie ma przed tym ucieczki. Albo pamięta się to na długo, a jak nie - to szkoda gadać.
Świat jest miejscem, w którym można się bez trudu zadomowić, starczy zmrużyć oczy, bez zamykania się wgłąb. Los nie jest na nas ślepy, daje się łatwo nagiąć do naszej woli, jeśli pragniemy czegoś, co jest w sposób oczywisty dobre i ludzkie - starczy wynaleźć parę sztuczek i coś od siebie dać, żeby go przekupić. O ile "Zmruż oczy" było instrukcją swobodnego oddychania, o tyle "Sztuczki" są poradnikiem jak tęsknić niemożliwie a jednak skutecznie.

Stefek szuka ojca, z którego odejściem "za jakąś panią, która wzięła go na pasek" pogodzili się już wszyscy dookoła. Nie jest to dla niego tylko wydumana kompensacja egzystencjalnej pustki, bowiem to szczerze konkretny chłopak: chce przywrócić codzienności stan, do jakiego ma prawo: tatuś ma być w domu, chociaż nawet nie wie, jak ten mężczyzna wygląda. To znamienne, że w nie tylko w kinie, ale przecież i w rozmowach przy winie, upór, żeby przywrócić najprostszy porządek rzeczy przypisujemy dzieciom i tylko dzieciom możemy w filmie powierzyć taką misję bez popadania w dziwactwo. Jakby dorośli się za bardzo skompromisowali.
Podobnie jak w "Zmruż oczy" Jakimowski z idealnym wyczuciem środka buduje świat balansujący między dokumentalnym realizmem miejsc i spraw a zwiewną alegorią zanurzoną w odrealnionym świetle, wydobytą z drobnych, ubogich elementów rzeczywistości. (ech, plenery z Wałbrzycha, coś musi być w tym mieście, że łatwo operatorom oderwać je centymetr od ziemi - aż się chce tam wyjechać na wakacje). Ten sam rodzaj równowagi zachowuje zadanie, które systematycznie realizuje Stefek. Jest w nim tyle magii i delikatnie naiwnej symboliki, ile chytrze obmyślanego, tupeciarskiego projektu. Dzięki temu jest tak śmiesznie, chociaż poważnie.
Napięcie między siłą czystego marzenia a skuteczną grą z okolicznościami jest cudownie chwiejne nie tylko w samym Stefku ale i w jego związku z siostrą, która raz daje mu szkołę socjotechniki (scena przed straganem z jabłkami), innym razem zaś sama zachowuje się krucho i bezradnie. Ona wie więcej o ludziach od brata, jej sztuczki są bardziej zmyślne, ale jako dorosła używa ich tylko do chwilowej zabawy, w przelotnych sytuacjach, które nie mają w sobie ciężaru życiowego "naprawdę". Jest moment, w którym pozwala się ponieść determinacji małego i wchodzi w jego grę z losem o to "naprawdę", ale Jakimowski nie rozstrzyga, czy to jest dla niej moment słabości, czy siły. Trudno komuś skulonemu w płaczu pod ścianą tłumaczyć, że właśnie stał się mocny, bo wybrał to, co w życiu ważniejsze - chociaż taki jest w istocie sens tej sceny.
A zresztą, wiele sytuacji w tym filmie bogatym w dygresje i drugie plany pozostaje nie rozstrzygniętych. Niejednoznaczny pozostaje główny wątek. Owszem, zamykające kadry nie pozostawiają wątpliwości: racja jest po stronie marzycieli, którzy trafnie rozpoznają, na jakim świecie żyją. Ale Jakimowski nie waha się pokazać ceny bycia po słusznej stronie; ostatnia filmowa noc to sekwencja bardzo pięknych wizji, ale dawno nie było w polskim kinie tak dławiącego obrazu kogoś, kto przegrał wszystko i nie chce otwierać oczu.
Cały urok Jakimowskiego w tym, że ani mu się śni zostać moralistą czy sędzią epoki. Bez skrępowania ekranizuje pomysł na własne życie. Kleci te zabawne filmy o sobie, ale z materii totalnie zmyślonej, wziętej z różnych bajek, podszytej radosną zgrywą, co wychodzi mu tak wiarygodnie, jak to możliwe jest tylko w kinie. Jest tylko i aż filmowcem. Dlatego jestem gotów na niego czekać kolejne kilka lat.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)