Wiele lat temu nauczycielka polskiego (była późna komuna) kazała nam napisać wypracowanie o wojennych losach naszych dziadków. Uzbropjony w długopis i zeszyt ruszyłem więc do swoich dziadków. Dziadek Mieczysław długo nie chciał o swoich losach opowiadać. Syberia, armia Andersa, potem dywizja pancerna Maczka - to nie były rzeczy, którymi mógł się w PRL-u chwalić. Więc przez lata się nie chwalił. I dopiero mi opowiedział kilka rzeczy. Dużo łatwiej było skłonić do opowieści babcię. Ona okupację przetrwała - wraz z moim tatą - we wsi nieopodal Ostrołęki w miejscowości Ołdaki. I właśnie tam rozgrywa się historia, którą w mojej rodzinie opowiada się od lat, bez skrępowania, obawy czy lęków, jakie właściwe miały być opowieściom Polaków ratujących Żydów.
W miejscowości tej moi pradziadkowie ukrywali przez całą niemal okupację małżeństwo żydowskie z dzieckiem. Najpierw robili to we wsłasnym domu. Gdy na kontrolę wpadali żandarmi kobietę, której nie udało się na ten czas uciec, ukrywano w wielkim łożu, w którym leżała chora moja praprababcia. I tak robiono to dopóki, któryś z żandarmów nie próbował sprawdzać, czy nikt w tym łóżku poza chorą nie leży za pomocą bagnetu. Krótko potem rodzinę przeniesiono do ziemianki w lesie, gdzie albo pradziadkowie albo babcia nosili im jedzenie. Historia ta skończyłaby się happy endem, gdyby nie Sowieci. Otóż, gdy mężczyzna dowiedział się, że Niemcy się wycofali, a na tamte tereny wkroczyli żołnierze Armii Czerwonej - postanowił ich przywitać. I wybiegł im na spotkanie, wymachując rękoma. A oni - widząc zarośniętego człowieka biegnącego w ich kierunku - nie myśląc wiele - zaczęli strzelać, zabijając ocaleńca.
Jego rodzina dość szybko opuściła Ołdaki i nie wiem, co działo się z nimi dalej. Nie wiem także dlatego, że zaraz po wojnie babcia z moim tatą i wujkiem przeniosła się do Warszawy.
Drugą opowieść opowiadała mi moja mama. Ona - wraz ze swoją mamą - okupację i lata powojenne spędziła na warszawskiej Pradze. Tam w jednej kamienicy wraz z nimi mieszkała także matka mężczyzny, który w czasie okupacji i po niej był szmalcownikiem wydającym Żydów. I - wbrew powszechnej opinii - nikt nie podziwiał oni jego, ani jej. On sam przeniósł się wreszcie na tzw. Ziemie Odzyskane, bowiem nie potrafił poradzić sobie z pogardą okazywaną przez sąsiadów, ona żyła samotnie, dystansując się od wojennego zajęcia swojego syna.
Obie te historie pewnie nie mają większego znaczenia w procesie historycznym. Ale notuje je, bo są one częścią historii codziennej w nie mniejszym stopniu niż opowieści przytaczane przez Jan Tomasza Grossa. Pamięć rodzinna mogła oczywiście co nieco zafałszować, co nieco ubarwić, a niewygodne elementy usunąć lub pominąć, ale nie zmienia to faktu, że trzeba ją zachować. Także po to, by nie budować jednostronnego obrazu stosunków polsko-żydowskich. W pamięci ludzkiej przetrwało zapewne o wiele więcej takich historii i je także trzeba przekazywać dalej. Opowiadać jeśli nie historykom, to choćby własnym dzieciom, tak by i one nie zapomniały o losach swoich ojców, dziadów i pradziadów.
I także dlatego notuję to, czego dowiedziałem się przed laty. Pamięć bywa ulotna i jeśli się czegoś nie zapisze łatwo można o tym zapomnieć. A ja chciałbym, żeby moje dzieci usłyszały opowieść o swoich przodkach, którzy zrobili coś dobrego. Aby moje córki dowiedziały się, że w morzu zła, można zachować ludzkie odruchy. I by mogły być dumne z własnej rodziny.
Tomasz P. Terlikowski



Komentarze
Pokaż komentarze (69)