Publicyści Rzeczpospolitej Publicyści Rzeczpospolitej
359
BLOG

Terlikowski: Węcławski po Kościele

Publicyści Rzeczpospolitej Publicyści Rzeczpospolitej Polityka Obserwuj notkę 61

Apostazja i wcześniejsze zrzucenie sutanny przez ks. Tomasza Węcławskiego nie jest problemem Kościoła (w rozumieniu społecznym, a nie mistycznym, bo tu jest inaczej). To raczej problem, i to fundamentalny, samego zainteresowanego, jego sumienia, życia, zbawienia i relacji z Bogiem. Nie nam osądzać, jak ten problem zostanie rozwiązany przez samego myśliciela, ale i przez Stwórcę i Zbawiciela.

Ale trudno nie odnieść się do powracających sugestii, że apostazja byłego duchownego i teologa ma być dowodem na głębokie choroby, które trapią Kościół w Polsce. Nie zamierzam spierać się o to, że takich chorób, problemów, wyzwań czy bolączek jest wiele. Zablokowane kanały komunikacji wewnątrzkościelnej; nieumiejętność reagowania w sytuacjach kryzysowych; "solidarność sutann", która często prowadzi do ochrony duchownych wbrew interesom całej wspólnoty Kościoła, a nawet skutkuje cierpieniem niewinnych. Wszystko to są fakty, ale nie mają one wiele wspólnego z decyzjami prof. Tomasza Węcławskiego.

To, że arcybiskup w jakiejś miejscowości molestuje seksualnie kleryków czy młodych księży, choć jest karygodne i godne potępienia - nie może skutkować u myśliciela tej rangi jakim był ks. Węcławski utratą wiary w Boskość Chrystusa. Nie jest takim powodem także to, że hierarchia chroni osobę oskarżoną w takiej sprawie przed wszystkimi konsekwencjami swoich czynów, a jedynie przenosi ją na emeryturę. Słowem grzech, nawet jeśli odbywał się w pałacu arcybiskupim, nie jest powodem do odrzucenia podstawowego dogmatu wiary chrześcijan (bo przecież nie tylko katolików). Grzeszność ludzi Kościoła, uwikłanie tworzonych przez nich struktur w zło - jest faktem i zawsze nim była, podobnie jak wywoływane nią zgorszenie. Ale zgorszenie owo mobilizowało raczej wiernych i duchownych do wytrwalszej modliwy, ofiarności, pokuty i niekiedy duchowej reformy struktur, a nie do odchodzenia od Kościoła.

I jakoś nie wierzę w to, by osoba o takiej inteligencji i znajomości Kościoła, jego teologii i historii, jaką był (i jest) prof. Węcławski tego nie dostrzegała. Tym bardziej, że wiadomo, że jeszcze jako kapłan ks. Węcławski zrobił wiele, by pokazać takie właśnie rozumienie Kościoła. Walczył o niego, ścierał się, narażał, ale trwał. Zbyt cenię inteligencję poznańskiego profesora, by móc sądzić, że nagle się to zmieniło. Problem nie leży więc w grzechu ludzi Kościoła czy grzeszności pewnych struktur, ale w zupełnie czym innym. Można go diagnozować, tak jak zrobił to Paweł Lisicki, dostrzegając w decyzji prof. Węcławskiego, skutki rahneryzmu. Można akcentować wodzące na manowce ślepe zaufanie do własnej inteligencji (co niestety wcale nie oznacza zawsze głębokiej mądrości), ale można też dostrzec w tym pychę rozumu, który odrzucając autorytet Kościoła (a na nim opiera się wiara chrześcijan) zdecydował się na własne poszukiwania i odpłynął w kierunku starych, powszechnie znanych herezji.

Inna rzecz, że nie jest jasne na czym, odrzucając autorytet i zaufanie do Kościoła, opiera swoje badania prof. Węcławski. Uznanie, że Kościół mylił się w sprawie tak fundamentalnej jak Bóstwo Chrystusa, oznacza bowiem, że mylić się mógł w każdej. Nie ma zatem powodów, by uznawać Biblię (a przynajmniej Nowy Testament) za źródło wiedzy nie tylko o teologii, ale nawet o historii Jezusa Chrystusa. Jeśli uznaje, że Kościół mylił się w tak istotnej kwestii, to na jakiej podstawie wierzę w to, że apostołowie, ewangeliści, autorzy tekstów objawinych rzeczywiście przekazali nam prawdę o ziemskim życiu "reformatora" Jezusa Chrystusa? I skąd mam pewność, że akurat te, a nie inne teksty powinienem traktować jako rzeczywiste źródła wiedzy o Chrystusie? Biblia jest świętą księgą, ale konkretnej wspólnoty. Istnieje ona i jest odczytywana tylko w kontekście Kościoła. To on stworzył jej kanon, on stworzył metody interpretacyjne i on wreszcie jest ostatecznym interpretatorem. Bóg mówi więc do Kościoła przez Pismo, ale Pismo, które jest wewnątrz, a nie na zawnątrz Kościoła.

Poszukiwania, wnioski a nawet analizy prof. Węcławskiego nie są zresztą szczególnie nowatorskie. Tyrell czy Loisy prowadzili podobne wiele lat temu. I podobnie, niestety, bo poza Kościołem skończyli. Ale prof. Węcławski ma wciąż jeszcze szansę do niego powrócić. I dlatego zamiast zastanawiać się nad tym, co trzeba zmienić, by Kościół mógł pomieścić takich ludzi jak były poznański ksiądz (by coś w tej kwestii zrobić trzeba by zmienić zwyczajnie doktrynę i wyrzec się chrześcijaństwa), trzeba wytrwale się za niego modlić. O powrót do Boga i człowieka jednocześnie Jezusa Chrystusa, który pozostaje dla chrześcijan centrum i fundamentem wiary.

Tomasz P. Terlikowski

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (61)

Inne tematy w dziale Polityka