Wreszcie Polska ma dobrych pijarowców. A ściślej nasz instytut filmowy. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że ot tak, przypadkowo i bez lobbowania na zapleczu, w ten sam weekend dostaję teksty o "Katyniu" w dwóch arcyważnych anglosaskich pismach. Jedno z nich wcale nie interesuje się Polską, a drugie, owszem, obchodzi nasz PKB, ale nie kinematografia.
W "New York Review of Books" - nadal wpływowej wyroczni liberałów wschodniego wybrzeża - potężny tekst na temat obrazu Wajdy wystawiła Anne Applebaum. Z kolei krótko i aż do bólu rzeczowo zajął się filmem także "The Economist".
Tekst Applebaum bardzo szczegółowo opowiada zamorskim czytelnikom jak i dlaczego polski widz łapie w lot aluzje do rzeczywistości wykraczającej daleko poza losy sportretowanych w filmie ludzi. Starannie kreśli tło, na którym prawdziwa staje się teza postawiona w tytule: A movie that matters.
Słowem, to wystąpienie, w którym polski czytelnik znajdzie głównie rzeczy dobrze sobie znane. Ale dwa akapity warte są naszej uwagi i rozwagi.
"Kręcąc Katyń Wajda chciał stworzyć coś, co sprawi, że Polacy zaczną ze sobą rozmawiać, myśleć o wspólnych doświadczeniach, definiować wspólne wartości, tworzyć z anonimowego tłumu społeczeństwo obywatelskie. Katyń z rozmysłem ma inspirować patriotyzm w najbardziej pozytywnym sensie tego słowa".
A teraz sens negatywny. Życzliwa nam skądinąd autorka wskazuje, że kiedy chodzi o ojczyźniany zapał, tracimy poczucie miary. Przypomina mini-skandalik, jaki wznieciliśmy wokół niewciągnięcia "Katynia" na listę konkursową festiwalu w Wenecji.
"Zanim wyjaśnienie technicznej natury stało się jasne, przez dzień lub dwa lęki narodu wyszły nagle na wierzch w całej okazałości (...) Tego rodzaju odczucia to typowe efekty uboczne nie tylko patriotycznego kina, ale patriotyzmu w ogóle. Te same emocje, które wiążą ludzi ze sobą - zachęcając ich do pracy na rzecz wspólnego celu, do budowy instytucji politycznych, do czynienia ich społeczeństwa bardziej wolnym i sprawiedliwym - są w jakimś sensie powiązane z emocjami, które u tych samych ludzi powodują paranoję wobec cudzoziemców i nieufność wobec niepatriotycznych sąsiadów z tej samej ulicy, którzy głosują na inną partię polityczną. Zbyt wiele patriotyzmu przeszkadza demokracji i ogranicza społeczeństwo obywatelskie. Z drugiej strony, bez pewnej dawki patriotyzmu demokracja nie jest w ogóle możliwa."
Drugi tekst, jak przystało na Economista, jest oszczędny w słowach. Autor zreasumował podstawowe fakty i długotrwałe kłamstwa (moża by rzec - lepiej późno niż wcale, panie Brytolu), wyliczył mocne i słabe strony filmu, a wreszcie zauważył, że znów w Rosji zaczęło się negowanie prawdy o tym, kto i na czyj rozkaz strzelał. Prosta konkluzja, która, jak mniemam, stanowi sedno polskiego lobbingu, brzmi: "Oscar byłby dobrą odpowiedzią na to".
Otóż to. Ten Oscar nam się należy od świata na złość Rosjanom. Jeśli trafi do rąk Wajdy, będzie to już jego druga superprestiżowa nagroda za słuszność, a nie za artyzm - po złotej palmie za "Człowieka z żelaza". Zachód chciał wtedy pogłaskać Solidarność, modląc się zarazem, żeby nie przeszarżowała. Zrobić niedźwiedziowi kuku - co to to nie, ale złocona palemka w ładnym pudełku i dyplom tanio kosztują.
Teraz też nie ma znaczenia, co i jak się podoba z filmografii Wajdy (za nią zresztą dostał tzw. nagrodę za całokształt). Pal sześć kino. Nawet w Polsce ten i ów krytyk zauważył odważnie, że skoro w obecnej stawce zabrakło choćby rumuńskiego "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni", to ewentualna statuetka dla "Katynia" będzie miała doczepioną na szyi tekturkę ze nieszczęsnym "tak, ale...".
Widocznie tylko w sztuce pokazywania figi Rosji jesteśmy uznanymi w świecie artystami.
A jeśli Oskara nie dostaniemy, będziemy skłonni, lekko owijając w bawełnę, oskarżyć starców z Akademii i macherów z Los Angeles o kontynuację katyńskiego kłamstwa. Już nawet NY Review of Books przyznaje, że mamy prawo do lekkiej paranoi...



Komentarze
Pokaż komentarze (14)