Bo żeby bojkotować to trzeba mieć co. Wielką mecyją nie jest jeśli zbojkotujemy jakiś warzywniak i będziemy chodzili dwieście metrów dalej do pana Gienka bo pani Basia się krzywo na nas popatrzyła. Romantyczne chwile spędzone w warzywniaku, kiedy byliśmy obsługiwani bez kolejki mijają bezpowrotnie. Nasza duma nie pozwala sobie na taki afront.
A jeszcze inna sytuacja jest z warzywniakiem, który jako jedyny stoi prawie przy głównej ulicy pod wieżowcami i oddycha cały dzień spalinami i przeklinaniem urzędników. To ci dopiero jest jatka z panem Staszkiem jak się urzędnik krzywo popatrzy, a to czereśnie mu będą nie smakowały a to koperek pomyli ze szczypiorkiem. Bojkot później może trwać nawet i ze trzy miesiące a szef będzie nas filował, że przychodzimy z przerwy kilka minut później niż zwykle. Nie tak jak wszyscy, posłusznie i pokornie.
Bo żeby bojkotować to trzeba mieć bojkotować. Taką telewizję lokalną albo radio to nie problem. To zwykła ignorancja jest. Prawdziwy bojkot musi być dobitny, musi dotyczyć Goliata nie Dawida. Musi uderzać w słaby punkt albo odcinać ropę jak Ruscy także nie pociągniemy już dłużej.
Bo żeby bojkotować to trzeba być silnym i znaczącym graczem. Ignorancja i nonszalancja to tylko wstęp do twardej gry, do bojkotu. Trzeba mieć szwarccharakter. Wypić wódkę, potem drugą i podjąć decyzję.
Jak bojkotujemy to na Amen. Do końca. Nie ma przebacz. Nie ma że boli. Całodobowo i myślowo, z pełną premedytacją. Nie chodzimy tam, nie wspominamy, nie podpisujemy, nie odbieramy telefonów. Koniec. Kropka.
Gorzej jest jak nie wytrzymamy próby. Tak jak z papierosem, który nas zwycięża po półtorej dobie. Wtedy jest to ignorancja. Tak! Tłumaczymy sobie, rozkładamy ręce, myślimy że rozmyślamy a tak na prawdę się pogrążamy. I boli, i nic z tego znowu. Bojkoty nie są dla mięczaków. Jak bojkotujemy to grubo i po bandzie.
Niech inni zachodzą w głowę i domysły snują, niech wywiad pracuje. Bojkotujmy często i gęsto. Na miejsce, na czas, na pewno, na serio... niech nie budieT kampramisa


Komentarze
Pokaż komentarze (2)