Historia ruchu solidarności jest sprawą trudną. Generalnie można stwierdzić, że członkowie ruchu dzielili się na dwie grupy. Tych co zostali złamani i tych co się nie dali pokonać, nawet czasem za cenę gwałtu córki czy śmierci syna albo bliskiej osoby. Wiemy także, że zapicie się na śmierć nie było przypadkiem, który zdarzył się tu i ówdzie. Ludzie nie wytrzymywali próby prawdy a potem próby czasu. Dochodziło niejednokrotnie do samobójstwa.
Dziś "świętujemy" zwycięstwo i porażkę s. Zwycięstwo bo nie jesteśmy przykryci płaszczem komuny i porażkę bo dusimy się pod płaszczem s. Jednym pod tym płaszczem jest wygodnie, drudzy się duszą. Jedni w czasie intenowania, w czasie więzienia byli przerażeni metodami SB i więziennymi kratami i wydawali kogo się dało a drudzy mężnie wszystko znosili. Nie każdy chciał nosić brzemię drugiego. Nie każdy mógł.
I teraz mamy sytuację arcyciekawą. Wszyscy bezapaelacyjnie doceniają wartość ruchu. Tylko nie mogą zgodzić się do roli jaką w nim odegrali. Ci co donosili i jest to udokumentowane mówią o donoszeniu innych, którzy są już dawno zweryfikowani i nie byli nigdy donosicielami. Solidarność tak ale nie znimi, bo oni się nie upaprali, bo oni nie byliby w stanie spotkać się w ciemnym pokoju z ubekami i pertraktować.
Myślę, żw wszyscy ci, którzy nie przeszli takiej próby wtedy a dziś najgłośniej krzyczą i rozdzierają szaty ze znaczkiem Wałęsy w klapie przyczyniają się jawnie do tego, że młodsze pokolenie bierze z nich przykład. Pokazują, że jednak można się układać z tymi, z którymi nigdy nie powinno. Festiwal trwa. Cyrk jedzie dalej i pokolenie, które nazywamy często pokoleniem JP II patrzy na pierwszych wychowanków Papieża jakimi byli solidarnościowcy i przeciera oczy ze zdumienia.
Koniec. Kamprmisa nie budieT.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)