2 obserwujących
152 notki
83k odsłony
  48   0

„Dziewczyna z kamienicy. Czas nadziei”. Wieczór autorski Dagmary Leszkowicz-Zaluskiej

W warszawskiej Galerii Delfiny odbył się wieczór autorski Dagmary Leszkowicz-Zaluskiej, poświęcony jej książce „Dziewczyna z kamienicy. Czas nadziei”. Spotkanie było podwójnie ciekawe, bo poruszało zarówno temat samej książki, jak i cech charakteryzujących Wielkopolan.


„Dziewczyna z kamienicy. Czas nadziei” jest pierwszym tomem sagi historycznej, już teraz porównywanej do „Stulecia Winnych”. Toteż autorski wieczór, będący kolejnym z cyklu „e-Spotkań z książką” i przeprowadzony na zaproszenie Fundacji im. XBW Ignacego Krasickiego oraz wydawnictwa „Słowne”, wzbudził zrozumiałe zainteresowanie. Moderowana przez publicystę Wiktora Świetlika rozmowa splatała wątki osobiste, historyczne, kulturowe a nawet obyczajowe – i to niekiedy mocno zaskakujące. Saga skończy się w 1946 roku. Druga część pojawi się jesienią, trzecia być może wiosna przyszłego roku. Pisarka nie kryje, że ma nadzieję na jej ekranizację.

„Dziewczyna z kamienicy. Czas nadziei” opowiada historie zwykłych ludzi żyjących w przededniu Powstania Wielkopolskiego. Oto w lutym 1916 r. dwudziestoletnia Irena Kałuża wyjeżdża za chlebem z rodzinnego Pleschen, czyli Pleszewa, do Westfalii. Zostawia córkę, trzyletnią Helenę, która jest owocem nieślubnego, zakazanego związku z pruskim oficerem. Dziewczynkę wychowuje babcia Adela, uboga prasowaczka bielizny, a tak właściwie to cała kamienica, którą zamieszkują osoby stanowiące przekrój ówczesnego społeczeństwa Wielkopolski: bogaci właściciele kamienicy, zubożała ziemianka, rodzina żydowska, aspirujący aplikant radcowski i szewc z rodziną.

Na świecie trwa krwawa wojna, a w kamienicy przy ul. Gnieźnieńskiej (dzisiaj Daszyńskiego 10) w Pleszewie toczy się normalne życie, w którym jego trudy, sprzeciw wobec germanizacji, dramaty rozstań i choroby przeplatają się z codziennymi drobnymi radościami, miłością, przyjaźnią, ludzką życzliwością i rodzącymi się ruchami patriotycznymi.

Dagmara Leszkowicz-Zaluska podkreśliła, że w pracy pisarskiej pomogło jej dziennikarskie doświadczenie. Przez wiele lat pracowała jako korespondentka agencji Reuters, a od 2018 r. jest redaktor naczelną anglojęzycznych redakcji Polskiej Agencji Prasowej, w tym portalu The First News. Mama trzech synów, mieszka pod Warszawą. A pochodzi z Wielkopolski.

Słuchając wynurzeń autorki, można powiedzieć, że zawarta w książce historia została wymyślona, lecz ma zakotwiczenie w faktach. - Punktem wyjścia do pisania książki była historia mojej babci. Urodziła się w 1912 roku i tak też zaczęłam budować fabułę – powiedziała Dagmara Leszkowicz-Zaluska. Jak wspomniała, ojcem babci był pruski oficer. Klimat książki został częściowo stworzony na bazie zdjęć, które ma w rodzinnym albumie, jak też rozmów, np. z ks. Wojciechem Szulczyńskim, jednym ze spadkobierców kamienicy przy ul. Gnieźnieńskiej, którego ojciec był w Błękitnej Armii gen. Józefa Hallera.

- Nie chciałam stworzyć historyjki z historycznym tłem. To miała być symbioza –mówiła autorka. Dzięki temu losy bohaterów, chociaż wymyślone, są mocno osadzone w realiach. Wspomniała, że podczas autorskiego spotkania w Pleszewie podeszła do niej starsza pani i powiedziała, że w książce rozpoznała swoją rodzinę. W rzeczywistości postaci które czytelniczka uznała za rodzinę, były fikcyjne.

Lecz historia na kartkach książki musi się przebijać, niekiedy mało znanymi, a interesującymi zdarzeniami. - Poruszony jest również bardzo bliski mojemu sercu wątek tak zwanej zimy brukwiowej 1916-1917, kiedy Wielkopolska i dzisiejsze ziemie polskie otarły się o głód porównywany prawie do Wielkiego Głodu na Ukrainie, ponieważ nie dość, że nie było zaopatrzenia, to jeszcze brakowało opału – mówiła Dagmar Leszkowicz-Zaluska.

Pytana o zastosowanie poznańskiej gwary, pisarka odpowiedziała, że jej znajomość częściowo wyniosła z rodzinnego domu, chociaż, gdy jako dziecko słuchała radiowego cyklu audycji nasyconego gwarą, pt.: „Blubry starego Marycha”, niczego nie rozumiała. – Ale jak się zna język niemiecki, to można audycję zrozumieć – oceniła. Przy omawianiu tego wątku, w Galerii Delfiny rozbrzmiały takie słowa jak „ryczka” (taborecik) czy „gelejza” (osoba niezaradna, nieporządna).

Pojawiło się też inne gwarowe określenie, które już odnosiło się do poczucia odrębności Wielkopolan. Nie tylko wobec Niemców, bo to było oczywiste, lecz także wobec mieszkańców zaboru rosyjskiego. – Wszystko za Prosną, było „hadziajstwem”. Teraz brzmi to strasznie, ale kiedyś tak się po prostu określało osób mieszkających za rzeką – tłumaczyła pisarka. – Pola w zaborze rosyjskim były małe a domy niskie. W zaborze pruskim wszystko było duże – obrazowo mówiła o różnicach.

Różnice dotyczyły też cech, które charakteryzują Wielkopolan. Pytana o nie, odpowiedziała: - Przede wszystkim porządek. Wszystko musi być takie bardzo poukładane, musi być na czas. Wielkopolanie są ludźmi bardzo wiernymi swoim zasadom.

Czego można się nauczyć od Wielkopolan? - Pragmatyzmu. Są do bólu pragmatyczni – mówiła. Przykładem jest postawa wobec ruchów emancypacyjnych. Wielkopolanki chciały się w nie angażować, jednak społeczeństwo doszło do wniosku, że dominują w nim Niemki, w związku z tym pragmatycznie uznano, że najpierw należy odzyskać niepodległość, a potem można walczyć o prawa kobiet.

W przekonaniu pisarki, Powstanie Wielkopolskie nie udałoby się, gdyby nie zostało starannie, właśnie pragmatycznie przygotowane, chociażby przez Towarzystwo Czytelni Ludowych, którego działacze sprawnie przejęli administrację.

Odpowiadając na pytanie, na ile dzieje wielkopolskich rodzin są już znane, skoro bywa, że niszczone są zdjęcia np. dziadka w mundurze pruskiego oficera, odpowiedziała: - Nie jest chyba wielką tajemnicą jeśli powiem, że każda przeciętna wielkopolska rodzina ma takie zdjęcie w swoim albumie. Trudno powiedzieć, czy jest to powód do wstydu, po prostu tak było. To mógł być pruski mundur żołnierza który szedł walczyć w I wojnie światowej. Zresztą gen. Haller sformował z takich żołnierzy Błękitną Armię – objaśniła Dagmara Leszkowicz-Zaluska.

- Wyprowadzając się z Pleszewa do Warszawy na studia, miałam poczucie, że się odcinam od Wielkopolski, bo nie mogę w niej wytrzymać, że jest tam za duży porządek, ludzie non stop sprzątają i jedzą placek drożdżowy, nawet chodnik musi być wygrabiony – wyznała autorka. – Okazało się, że ja się wyprowadziłam do Warszawy z Wielkopolski, ale Wielkopolska ze mnie się nie wyprowadziła – stwierdziła.

Wieczór autorski, bogaty też w wiele innych wątków, można obejrzeć poniżej:



A na stronie Instytutu Staszica w zakładce Historia, dostępny jest też wywiad z Dagmarą Leszkowicz-Zaluską.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale