2 obserwujących
123 notki
65k odsłon
  1728   0

Śmigłowcowy odlot

Przetarg na śmigłowce wielozadaniowe dla polskiej armii sprawia że, wydawałoby się rozsądni ludzie, nagle tworzą dziwne konstrukcje myślowe. Przykładem może być opublikowany na łamach „Rzeczpospolitej” komentarz redaktora Bartosza Węglarczyka.

„Rezygnacja z caracali to decyzja polityczna” – ogłasza już w tytule red. Węglarczyk. Ale wyjmijmy kilka co smaczniejszych fragmentów tekstu, aby zobaczyć, jak rozwija swoją tytułową myśl.

Przyznając, że „ekonomiczny wymiar decyzji o kupnie śmigłowców jest oczywiście bardzo ważny”, red. Węglarczyk jednak podkreśla, że najważniejszy jest wymiar polityczny. „Kraj, który kupuje u nas broń, staje się naszym sojusznikiem. Im więcej jej kupuje, tym ważniejszym” – pisze. Po czym dodaje: „Tak właśnie rozumiem decyzję polskiego rządu o zerwaniu negocjacji w sprawie kupna francuskich caracali. Nowa ekipa rządząca uznała, że istotniejsze jest zbliżenie z amerykańskim sojusznikiem”. I jeszcze jedna myśl: „Inna sprawa, że decyzja o kupnie amerykańskich śmigłowców zadowoli związkowców i polityków z Mielca. Ale to oczywiście miły i pożądany efekt uboczny”.

No więc na początek garść faktów. Po pierwsze, polski rząd nie zerwał negocjacji z francusko-niemieckim koncernem Airbus Helicopters, który oferuje śmigłowce EC725 Caracal, tylko negocjuje z nim warunki offsetu.

Po drugie, „miły i pożądany efekt uboczny” to nader ciekawe określenie. W przejęty w 2007 r. PZL-Mielec Sikorsky (należący obecnie do  Lockheed Martin) zainwestował 600 mln zł. Zakład zatrudnia ponad 1 tys. pracowników, dorobił się ponad 50 kooperantów, ośmiokrotnego wzrostu wartości eksportu i pięciokrotnego wzrostu sprzedaży. Oferowane przez zakład znakomite śmigłowce Black Hawk to maszyny sprawdzone w wielu bojach i znane polskim żołnierzom. Wartość oferowanego przez Sikorsky offsetu wynosi prawie 12 mld zł.

Charakterystyczne, że red. Węglarczyk w swych rozważaniach nie wspomniał o innym oferencie, PZL-Świdnik, który oferuje śmigłowce AW149, będące w swojej klasie najnowocześniejszymi na świecie maszynami. Przemilczenie to jest logiczne, skoro decyzja o zakupie ma decydować o sojuszach, a nie o wzmocnieniu polskiego przemysłu obronnego.

Tymczasem kupiony w 2010 r. przez firmę AgustaWestland (obecnie Finmeccanica Helicopters – AgustaWestland), PZL-Świdnik zatrudnia 3,5 tys. ludzi w tym 630 inżynierów, a wartość jego eksportu wynosi 700 mln zł. Firma kooperuje z 900 polskimi dostawcami, generując dodatkowe 4 tys. miejsc pracy. Wartość inwestycji AgustaWestland w zakład wyniosła ponad 600 mln zł i  ponad 140 mln zł wydatków poniesionych na badania i rozwój. Od czasu prywatyzacji PZL-Świdnik zapłacił ponad 400 mln zł podatków i ZUS. Wartość offsetu wyniosłaby kilka miliardów euro.

Oczywiście zakup maszyn w PZL-Mielec czy w PZL-Świdnik oznaczałby kolejne liczne miejsca pracy i kolejne setki milionów z podatków od zakładów, które już teraz prowadzą realną produkcję. To wszystko red. Węglarczyk określa jako „efekt uboczny”.

Po trzecie, każdy kraj, który ma własny przemysł obronny, dba o jego rozwój, gdyż przemysł kosmiczno-obronny jest najbardziej innowacyjną branżą, która zasila swymi technologiami całą gospodarkę. I tak się składa, że każdy kraj dokonuje zakupów u własnych producentów. Np. 100 proc. śmigłowców w armii włoskiej  wyprodukowała AgustaWestland, 100 proc. śmigłowców armii USA pochodzi od producentów, których fabryki zlokalizowane są w USA, 97 proc. w armii francuskiej to produkcja Airbus Helicopters. A Polska jest jednym z nielicznych państw które produkują wojskowe śmigłowce. I rząd ma ich zlekceważyć, żeby kupić sojusz?

To może w ogóle zaorajmy własny przemysł obronny i kupujmy za granicą wszystko – wozy bojowe, amunicję, radiostacje, radary, noktowizory, sprzęt artyleryjski, hełmy, namioty, plecaki, mundury i gacie dla żołnierzy? Bo dlaczego nie? Skoro – jak można domniemywać z myśli redaktora – NATO daje fikcyjne bezpieczeństwo i trzeba kupować prawdziwe sojusze, to kupujmy wszystko, a zagraniczne rządy będą nas chronić i popierać we wszystkim.

Ale nawet przyjmując logikę red. Węglarczyka, to pominął on pewien aspekt. Otóż na stole leży francuska oferta zakupu trzech okrętów podwodnych typu Scorpene z pociskami manewrującymi, złożona przez koncern DCNS. Koncern jako jedyny oferuje okręty wraz z pociskami i tzw. kodami źródłowymi, co gwarantuje możliwość suwerennego określania przez nas celów ataku. Oferta jest korzystna, okręty nowoczesne, więc możemy „kupić” sojusz z Francją i bez francuskich śmigłowców.

Konkluzja - oczywiście względy polityczne odgrywają rolę przy zakupach dla armii, dlatego nie kupujemy sprzętu od Rosjan. Rzecz jednak w proporcjach. Wydaje się, że niektórym po prostu nie mieści się w głowach, że można zwyczajnie stawiać na pierwszym planie własne narodowe interesy i zabiegać o rozwój własnego przemysłu obronnego. Co zresztą szalenie irytuje niektórych polityków i obserwatorów.

„Populistyczna partia PiS obrała w polityce gospodarczej kurs dbania przede wszystkim o polskie interesy” – ogłosił niemiecki dziennik ekonomiczny „Handelsblatt”. „PiS podkreśla, że przedsiębiorstwa produkujące w Polsce będą w przyszłości faworyzowane przy udzielaniu zleceń. Taki nacjonalistyczny kurs podoba się zwolennikom PiS-u, przy czym nie przeszkadza im to zupełnie, że są zrywane wstępne umowy zawarte przez poprzedni rząd” – ubolewa dziennik, najwyraźniej pijąc do sprawy zakupu maszyn oferowanych przez Airbus Helicopters, w którym Niemcy mają znaczne udziały.

Pomijając, że taki „nacjonalistyczny populizm” cechuje każde państwo nie będące neokolonią, w tym Niemcy, to ciekawe, o czyje przede wszystkim interesy dbał – zdaniem redakcji „Handelsblatt” – poprzedni rząd? No ale to już trochę inny temat. Trochę.

Lubię to! Skomentuj27 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale