0 obserwujących
124 notki
82k odsłony
  365   0

Jan Rokita w roli ofiary stanu wojennego

 

Początek roku i od razu zaskoczenie z kategorii fundamentalnych. Jan Rokita, były szef Urzędu Rady Ministrów w rządzie Hanny Suchockiej, lider kilku ugrupowań, celebryta otrzymał dwadzieścia pięć tysięcy złotych sądowego odszkodowania za kilka miesięcy internowania w stanie wojennym. To wartość maksymalna; jak dotąd w podobnych sprawach zasądzano mniejsze kwoty. Ale nie o wysokość odszkodowania chodzi.
 
Mam z całą tą sprawą dość osobisty problem, bo Jan Rokita nawet jeśli nie należy do najściślejszego panteonu bohaterów mojej młodości, to zawsze był (jest?) punktem odniesienia całego pokolenia. Wychowywałem się w cieniu legendy Rokity - szefa NZS Uniwersytetu Jagiellońskiego w 1980 roku. Śledziłem jego poczynania w opozycji. Kibicowałem aktywności w polskiej polityce po roku 1989. W każdej z tych ról jego osiągnięcia były nietuzinkowe. Miałem w końcu pewien dyskomfort obserwując w ostatnim czasie szereg jego niepotrzebnych – ten eufemizm najlepiej tu chyba pasuje – porażek.
 
Ów dyskomfort urósł do rozmiarów balonu stratosferycznego po tej najświeższej informacji; bo o domaganie się odszkodowania od niepodległego państwa polskiego po niemal trzydziestu latach posądziłbym każdego, tylko nie Jana Rokitę! To jasne, że ma tytuł; jest poszkodowany. Jego uwięzienie w 1981 roku było z pewnością nielegalne, a ciągłość prawna pomiędzy współczesną Polską i PRL daje mu roszczenie. Sprawa od strony formalnej jest bezdyskusyjna, więc wyrok uzasadniony. Ale czy sprawiedliwy?
 
Tu zawisa narysowany grubą krechą znak zapytania. Odszkodowanie bowiem należy się ofiarom; a precyzyjniej, tym, którzy mają osobiste poczucie szkody. Czy Jan Rokita jest ofiarą? Dlaczego z podobnym roszczeniem nie wystąpiły tysiące jego kolegów internowanych niekiedy o wiele dłużej? A może im wstyd, bo to internowanie, podobnie jak podjęta kilkanaście miesięcy wcześniej walka z ustrojem to po prostu część biografii? Istotny i konieczny składnik duchowego tworzywa ludzi, którzy przeszli drogę od buntu do wolności. Może bez tego epizodu byliby inni; nie dysponowaliby tytułem do współtworzenia w 1989 Komitetu Obywatelskiego, przewodzenia partiom politycznym, budowania kolejnych rządów wolnej już RP?
 
Rokita z całą swoja heroiczną biografią stał jednak w pierwszym szeregu beneficjentów wolności. Skąd więc nagle ten lament? Skąd nagłe wpisanie swojego sławnego nazwiska na listę ofiar? A może chodzi o coś zupełnie innego? Może Jan Rokita obraził się współczesność i w ten swoisty sposób pokazuje język dzisiejszej polityce? Trudno sobie wyobrazić inne uzasadnienie, bo niskie, czysto materialne pobudki wypada z zasady odrzucić.
 
Myślę sobie na koniec, że może powinienem dokonać w swojej pamięci istotnej roszady i potraktować Jana Rokitę jak prawdziwe ofiary stanu wojennego; górnika z przetrąconym grzbietem, robotnika, któremu wybito zęby, nauczyciela, któremu złamano karierę. I wtedy wszystko wróci do należytego początku. Zaś ja na początku roku odzyskam tak potrzebny człowiekowi spokój…
Lubię to! Skomentuj47 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale