Wstalem z ciezka glowa.Parowalo wino wypite na wczorajszej parapetowie u Michelle. Dominowali francuskojezyczni, wiec wino plynelo wartkim strumieniem, z ktorego do poznej nocy nie mialem zamiaru wychodzic.
Do moich uszu dobiegla charakterystyczna muzyka ogrodniczego sekatora.
Ciach, ciach, ciach - rytmicznie wbijalo mi sie w przeladowany mozg. Ktos pracowal. Niedaleko.Wyszedlem i zobaczylem mlodego chlopaka w kipie na glowie, stojacego na drabinie i przycinajacego zywoplot, ktory biegnie w naszej miedzy.Znalem go z widzenia. W szabat paradowal w pieknym, czarnym kapeluszu i przypominal mi mlodego sycylijczyka.
Pracowal tak zawziecie, ze pot lal sie z niego strumieniami, a zielone galezie rowno kladly sie pokotem na sciezce. Sporo tego bylo. Postanowilem wypocic to meczace mnie wczorajsze winko.
Wzielem moje pazurki, ktorymi zbieram liscie spadajce bez przerwy z pewnego drzewa, ktorego nazwy nie znam do tej pory i bez slowa zaczelem grabic scinana przez chlopaka zielenine i zbierac ja do kartonowych pudel przyniesionych spod pobliskiego sklepu...Spojrzal na mnie z wdziecznoscia.
Szalom - przywitalem sie- Dobra robote robisz. Jak ci na imie?-zapytalem
Szalom - odpowiedzial.
No dobra. Boker Tow. Dzien dobry- jeszcze raz przywitalem sie. Jak Ci na imie?
Szalom -powtorzyl.
Co do cholery!? Moze cos zle wymawiam?!-zapytalem sam siebie.
Jak masz na imie?- Ja jestem Robert - powtorzylem glosno i wyraznie jakbym gral w jakims przedstawieniu.
Szalom. Mam na imie Szalom - powiedzial i usmiechnal sie od ucha do ucha...




Komentarze
Pokaż komentarze (2)