Siedzialem z Elza w ogrodzie, pilismy kawe, patrzylismy na pobliska SUKE sasiadow -religijnych ortodoksow, w ktorej urzadzili sobie swiateczna impreze, od ktorej okoliczni mieszkancy przecierali oczy ze zdumienia, a mnie ta balanga jakos dziwnie znajomo przypominala polskie weselicho z niekontrolowana taneczna jazda i swoiskimi przytupami...
Jak myslisz, gdzie sa granice chwaly Pana? - zapytalem Elze, ktora mieszka w Izraelu 50 lat i z niejednego pieca chleb jadla...
Nie ma granic. Dla nich ten swiat nie istnieje. Oni cierpia katusze bedac tutaj - na ziemii. Czekaja, aby jak naszybciej znalezc sie u Niego... Przykre, ze nie widza rowniez ludzi, ktorzy mieszkaja obok nich i ktorym wcale sie nie spieszy na tamten swiat - powiedziala ze smutkiem w glosie.
Moze pojedziemy do Jerozolimy? Mam chec zobaczyc miasto w swiatecznym czasie - zaproponowalem.
Dobry pomysl, tez mi chodzila od pewnego czasu Jerozolima po glowie - odpowiedziala.
Umowilismy sie nazajutrz na dworcu autobusowym. Przyszla ze swoim synem Pawlem, urodzonym w Izraelu specem od komputerow, ktory mial zostac jak sie niebawem w drodze okazalo, moim wysmienitym kompanem i nauczycielem hebrajskiego.
Po trzech godzinach jazdy (swiateczne korki)przepelnionym autobusem dotarlismy na miejsce. Centralny dworzec przypominal ludzkie mrowisko. Jakby caly Izrael chcial byc o jednym czasie w jednym miejscu...Poszlismy na kawe, bo podroz zabrala nam troche sil. Siedzac, obserwowalismy przewalajacy sie tlum ludzi i wsluchiwalismy sie w powtarzajacy sie natarczywie komunikat.
Przebywajacy na trzecim poziomie proszeni sa o bezwloczne opuszczenie dworca - powtarzala spikerka - Znaleziono czarna walize, do ktorej nikt sie chce przyznac - przetlumaczyla Elza slowa komunikatu.
My bylismy na poziomie drugim i przez moment przemknelo mi przez glowe, co bedzie jak cos wyleci w powietrze na naszymi glowami...Adrenalina podniosla mi sie na tyle, ze nie mialem checi dokonczyc kawy, tylko jak najszybciej znalezc sie na ulicy. Spakowalismy sie i opuscilismy dworzec. Tlum chetnych do wejscia wcale nie malal, mimo wciaz powtarzanego ostrzezenia o niebezpieczenstwie...
Dotarlismy do bramy Jaffy przez ktora dostalismy sie w obreb starego miasta. Dworcowe emocje ustapily. Wtopilismy sie w uliczny gwar i poddalismy sie wielobarwnemu tlumowi. Po wysluchaniu w dzielnicy zydowskiej spiewajacych dzieciakow na Rzecz Ofiar miasta Sderot przez kilka godzin poznawalem zakamarki i specyfike poszczegolnych dzielnic: Ormianska, chrzescijanska, muzulmanska - kazda ma swoj niezwykly klimat.
Na Via Dolorosa kramy i sklepy powoli zamykano. Na rogu Ha-Gai, gdzie Szymon Cyrenajczyk pomogl Jezusowi niesc krzyz przenioslem sie w tamte czasy , a Elza jakby wyczuwajac co mi chodzi po glowie, pociagnela nas do Bazyliki Jego grobu. Kosciol byl prawie pusty, przemierzalem poszczegolne kaplice nalezace do roznych wyznan i odurzalem sie niesamowitym zapachem kadzidel. Podziwialem dostojenstwo miejsca i ten grobowiec znany na calym swiecie, do ktorego ustawilo sie kilkanascie osob. Stanelem razem z nimi.
Skad jestescie? - zapytal pierwszego stojacego w kolejce prawoslawny majacy akurat dyzur przy grobie.
Z Wloch - odpowiedzial stojacy przede mna czlowiek, a ja nie prostowalem, bo nie bylo sensu robic zamieszania. Prawoslawny wszedl do srodka zgasil palace sie swiece, po czym zawolal katolickiego ksiedza, ktory ponownie zapalil swiece. Teraz mozecie wejsc- powiedzial prawoslawny. Po chwili bylem w srodku...Rozejrzalem sie i uslyszalem jak prawoslawny zaczyna mnie poganiac, choc nie bylem w srodku dluzej niz 20 sekund...Wycofalem sie jednak potulnie, bowiem kolejni ludzie czekali i byli uzaleznieni od humoru prawoslawnego...
Wrocilismy do dzielnicy zydowskiej. W glowie mialem metlik, a w duszy czulem zal do prawoslawnych, ze w taki sposob traktuja to miejsce i nie pozwalaja ludziom na chwile refleksji i zadumy...
Zydzi swietowali Sukkot - miasto przybrane lampionami, kolorowymi swiatelkami, ozdobami rozbrzmiewalo radosna muzyka, na kazdym kroku napotykalem SUKI, w ktorych mozna bylo sie posilic. W pewnym momencie moja uwage przykul podniecony i zywo gestykulujacy tlumek chasydow w czarnych garniturach i kapeluszach z szerokim rondem.
Podeszlismy blizej. Calkiem blisko. Na stoliku zobaczylem trzy karty, pieniadze lecace w strone prowadzacego gre i okrzyki hazardowego podniecenia...
Poczulem niesmak. Spojrzelismy z Elza i Pawlem po sobie i prawie biegiem ruszlismy w strone autobusowego dworca...





Komentarze
Pokaż komentarze (3)