W szkole hebrajski zaciska petle...Pojawil sie czas przyszly. Moja polska glowa zadymila i nakazala w ramach walki z hebrajska depresja odpoczac od tych matematyczno-lingwistycznych regulek.
Poszedlem na wagary... A raczej pojechalem. Po 30 minutach jazdy monitka (tak tu sie mowi na wieloosobowe taksowki), w ktorej chcac nie chcac, poznalem problemy prawno-biznesowe pewnego Rosjanina bardzo glosno rozmawiajacego jednoczesnie przez dwie komorki - z Moskwa i Tel-Awiwem. Koszmar. Mialem chec go wywlec i zostawic te jego problemy gdzies na szosie do Akko...
Akko...Moje ulubione i chyba najbardziej klimatyczne ze wszystkich do tej pory poznanych miast w Izraelu.
Bieglem w strone starego miasta, aby ochlonac po tym kulturalnym komorkowcu...
Zatrzymal mnie dopiero widok meczetu El-Jazzar. Odsapnelem i sycilem oczy widokiem tego jednego z napiekniejszych meczetow w Izraelu.
Budowe tego obiektu sfinansowal nastepca beduinskiego szejka Dahara el Omara - Ahmad zwany z racji swojego okrucienstwa pieszczotliwie "Rzeznikiem", ktory oprocz tego , ze sporo w miescie pobudowal to zatrzymal przy wsparciu brytyjskich okretow samego geniusza wojny Napoleona.
Udalem sie do portu i w nadbrzeznej knajpce zamowilem piwo, bowiem sloneczko stanelo juz calkiem wysoko i zrobilo sie cieplutko. Z kazdym lykiem mocno schlodzonego bursztynowego plynu hebrajska depresja i niemoc ustepowala. Ze zdziwieniem zauwazylem, ze rozumiem co do mnie mowi wlasciciel knajpki. Na mojej twarzy zagoscil blogi usmiech a dusza osiagnela lingwistyczny spokoj.
Z tej radosci zamowilem jeszcze jedno i zaczelem obserwowac grupke turystow, ktora pojawila sie o tej porze na nadbrzezu. Przechadzali sie w te i we te i robili sobie pamiatkowe zdjecia. Sloneczko przygrzewalo i w pewnym momencie jeden z grupki spojrzal w strone mojego stolika, na ktorym perlil sie zlocisty napoj. Widok mojej rozanielonej geby spowodowal, ze oblizal spieczone wargi...
Dalej nie idziemy. Zamawiamy piwko!- powiedzial, a ja po raz kolejny tego pieknego dnia zrozumialem co mowia ludzie.
Mowil po polsku. Moje serce radosnie podskoczylo, a mysli pognaly ku odleglej Warszawie...
Spojrzalem mu prosto w oczy i powiedzialem po polsku : Dobre piwo! Bardzo dobre!!! Zapraszam !!!
Popatrzyl na mnie zdziwiony, a jego oczy mowily, ze zupelnie nie kuma o co mi chodzi...
Chodzmy dalej, chodzmy, chodzmy, poszukamy innego miejsca - powiedzial do grupy, a oni potulnie podali sie jego poleceniu i podreptali za nim.
Zostalem sam... Warszawa w myslach tak samo oddalila sie jak przyszla, a mnie pozostalo dalej przeganiac hebrajskie watpliwosci z wlascicielem knajpki...







Komentarze
Pokaż komentarze (5)