Tyle już napisano i powiedziano na temat sporu wokół projektu ustawy ratyfikującej „Traktat lizboński”, tyle autorytetów, tylu znawców wypowiedziało się o tym, że aż nieprzystoi, aby taki prostaczek jak ja zabierał w tej sprawie głos. No tak, ale czy prostaczek jest w stanie zrozumieć, jaką bezczelnością z jego strony jest wtrącanie się do dyskusji najtęższych ekspertów, najważniejszych polityków i najbardziej przenikliwych publicystów? Jako prostaczek nie odznaczam się lotnością umysłu. Być może nie jestem w stanie samodzielnie decydować nawet o własnym życiu, a co dopiero współuczestniczyć w decydowaniu o sprawach publicznych najwyższej wagi. Trudno mi jednak takie ambicje wyperswadować, bo zostałem już zdemoralizowany tymi wszystkimi, wszechobecnymi hasełkami i sloganami o „demokracji”, „społeczeństwie obywatelskim”, „potrzebie aktywnego uczestnictwa w życiu publicznym i procesach demokratycznych”. Przyznacie chyba, że słyszy się o tym ciągle i wszędzie, więc to mnie chyba trochę usprawiedliwia. Jednocześnie my prostaczkowie (a są nas miliony takich prostaczków–polaczków) nie potrafimy „wyłapać” tych subtelności, metafor, ukrytych znaczeń i wieloznaczności języka elit, przez co nie wiemy, kiedy oni mówią do nas serio a kiedy z nas żartują lub nas podpuszczają. Dla nas to, co zostało zapisane jest jak święte, a co oficjalnie powiedziane, to jak zaświadczone honorem. Skoro więc napisane jest w Konstytucji (a to przecież najważniejsze prawo w Polsce), że „władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”, a dalej: „naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio”, to oczywistym dla nas jest, że w sprawach tak ważnych jak przyjęcie Konstytucji, która nadaje nam prawa i prawom nas podporządkowuje, winniśmy zdecydować właśnie bezpośrednio, w narodowym referendum. Tak właśnie przyjmowaliśmy także tę Konstytucję, w której to napisano. No a przecież ta konstytucja, którą chcą teraz ratyfikować to zdaje się jeszcze ważniejsza, bo dla całej Unii Europejskiej jest stanowiona. I to ona będzie stanowić prawo pierwotne wobec wszelkich innych praw zapisanych w ustawach zasadniczych i kodeksach każdego z krajów członkowskich. Skoro tak, to ja się pytam, dlaczego uchwalenie Konstytucji RP albo wybór posłów i senatorów jest aktem tak ważnym, że wymaga narodowego głosowania, a przyjęcie „NadKonstytucji” dla Polaków i 400 mln innych Europejczyków można obskoczyć nie oglądając się na naród? Ja rozumiem, bo to każdy potrafi zrozumieć, że ze względu na nas prostaczków-polaczków i prostaczków z innych państw członkowskich, nie używa się określenia Konstytucja, tylko Traktat lizboński, albo „traktat reformujący”. W rzeczywistości jest to zbiór poprawek do „eurokonstytucji” z 2004 r. brutalnie znokautowanej przez prostaczków francuskich i belgijskich, którym nieopatrznie pozwolono decydować o sprawach przerastających ich zdolność pojmowania. Przyjęcie traktatu oznacza przyjęcie owej „eurokonstytucji” z poprawkami. Dla tych, którzy nie chcą „eurokonstytucji” będzie to jak zmuszanie abstynenta do wypicia flaszki wódki, którą ma sobie kupić wraz z całą gorzelnią. Dla tych, którzy „erokonstytucji” chcą, jest to tylko usprawiedliwiony wybieg, który pozwoli wejść UE w nową, długo oczekiwaną fazę integracji. Ja nie chcę opowiadać się po żadnej ze stron sporu, jaki toczy w tej sprawie PiS z resztą Sejmu. Jak każdy słucham ich wypowiedzi, próbuję śledzić zajmowane w sprawie stanowiska, ale szczerze mówiąc mam ich wszystkich tam, gdzie oni mają mnie. Ich spór dotyczy sposobu, w jaki Traktat lizboński miałby być ratyfikowany bez odwołania się do woli narodu. W dodatku ich argumenty przeciw referendum są bałamutne, a tak naprawdę ordynarnie antydemokratyczne. Podstawowy argument (obu stron sporu) jest taki: może zabraknąć wymaganej frekwencji i referendum nie będzie ważne. Ręce opadają. Na przestrzeni lat chyba żadne inne ogólnonarodowe głosowanie nie było tak liczne, jak to z 2003 r., w którym Polacy opowiedzieli się za integracją kraju z UE. Po drugie, zadaniem partii politycznych jest dotrzeć do społeczeństwa, do każdego obywatela, nawet do takiego prostaczka jak ja, by przekonać go do swoich racji, a tym samym do udziału w głosowaniu. Jeśli partie i środowiska polityczne nie wierzą w swoją zdolność oddziaływania na społeczeństwo, to tym samym przyznają się do własnego wyalienowania i uprawiania polityki w oderwaniu od narodu. Argumenty pochodne od podstawowego są takie: jeśli referendum nie będzie ważne to traktat upadnie, „Polska się skompromituje”, a na dodatek „cofniemy Unię Europejską”. Słowem, sprawa jest zbyt poważna, by zostawiać ją w rękach nieodpowiedzialnego narodu. Wiadomo, demokracja demokracją, ale trzeba nawet na zimne dmuchać, bo jeszcze ten głupi naród coś spieprzy. Ale to jego – tego narodu sprawa i jego prawo. Bo jest suwerenem!!! Dotarło?! W tej sprawie w szczególności powinien z tego suwerennego prawa móc skorzystać. W demokracji nie narody są dla przywódców tylko odwrotnie. Na ten naród w sprawach naprawdę ważnych można zawsze liczyć. Nie zawiedzie frekwencja a wynik będzie pomyślny. Jeśli jakimś cudem uczestników okaże się zbyt mało, nie będzie to kompromitacją dla Polska. Odrzucając „eurokonstytucję” Francuzi posunęli się dalej niż uczyniliby Polacy, gdyby niedostatecznie licznie stawili się przy urnach do głosowania. A przecież nikt nie ośmielił się twierdzić, że Francja się skompromitowała lub, że skompromitował się naród francuski. Nie prawdą jest też twierdzenie, że problemy ratyfikacją spowodują „cofnięcie UE”. Jeszcze wiele krajów nie ratyfikowało Traktatu lizbońskiego. Istnieje nie tylko teoretyczna możliwość, że odrzucenie tego dokumentu w którymś z państw nastąpi. Jeśli tak, to Unia nie cofnie się, tylko zatrzyma do czasu znalezienia innej, może atrakcyjniejszej dla europejskich społeczności, drogi wspólnego rozwoju. Proszę przy tym zauważyć, że w Polsce nikt, absolutnie nikt nie zakłada, że w referendum idea silniejszej integracji UE przegra w starciu z tzw. „eurosceptykami”. Nie traktują takiego scenariusza poważnie żadne partie, zaangażowane w sprawę środowiska, ani też zwykli ludzie. I słusznie. Nie znam chyba nikogo, kto z przekonaniem twierdziłby, że w referendum zwyciężą przeciwnicy przyjęcia Traktatu lizbońskiego. Nie wierzą w to nawet ci, którzy tego by sobie życzyli. Referendum ma tę jeszcze zaletę, że nikt nie powie: „gdyby wybory do Sejmu odbyły się w innym czasie, to inny byłby los ratyfikacji”. O nie. Wola wyrażona bezpośrednio w danej kwestii przez większość narodu ma taką rangę, jakiej nie posiada żadna, nawet najcudowniejsza ustawa sejmowa. W takim razie, o co tu naprawdę chodzi Państwo Politycy? Jeżeli o to, byśmy my – prostaczkowie nie przeszkadzali wam samodzielnie rządzić i decydować za nas, to nie róbcie już dłużej nam wody z naszych (i tak słabo pofałdowanych) mózgów. Okażcie sumienie i nie dręczcie nas koniecznością śledzenia waszych stanowisk, wypowiedzi, polemik a potem glosowania na tych czy tamtych. Usankcjonujcie prawnie świat, w którym i tak już od pewnego czasu sami dla siebie żyjecie: Zamiast narodu – partie, związki zawodowe, stowarzyszenia i fundacje. Zamiast obywateli – politycy, lobbyści i działacze.Zamiast opinii publicznej (społecznej) – koncerny medialne i zatrudnieni przez nie agitatorzy. Historia ludzkości nie jest historią tylko demokracji i oczywistością jest, że bez niej świat się nie zawali. My prostaczkowie cenimy wygodne, spokojne życie z dala od polityki, ale też bardzo nie lubimy, gdy się nas robi w balona. Więc albo na poważnie z tą demokracją i suwerennością narodu, albo niech nikt się nie dziwi, że ludziom nie chce się iść na wybory, społeczeństwo powszechnie gardzi politykami, a całą tę demokrację uważa za jedynie parawan kryjący całkiem inne mechanizmy sprawowania władzy. Takie bardziej jakby z filmu „Ojciec chrzestny”.
Brander
P.S. Szanowny Czytelniku. Zakładam, że jesteś człowiekiem mądrym, wykształconym i lepiej niż ja wiesz, o co tu chodzi. Zapewniam Cię, że jeśli zgadzasz się choćby z promilem moich przemyśleń, nie czyni Cię to automatycznie prostaczkiem. Jeśli jednak uważasz, że należy pochylić się litościwie nad kimś takim jak ja i w poczuciu misji niesienia kaganka oświaty podzielić się swą wiedzą i mądrością, to proszę bardzo. Tylko powstrzymaj się od jednego: nie tłumacz mi, że Traktat jest korzystny dla Polski, a argumenty jego przeciwników to „strachy na Lachy” wysmażone przez toruński ciemnogród. Nie wmawiaj mi też, że PO knuje, jak tu po ratyfikacji odrzucić „protokół brytyjski” by Tusk mógł ożenić się ze Schetyną i zamieszkać z nim w Danzig lub Breslau. Proszę, nie rób tego. To nie w tej sprawie zabrałem głos. Zapewniam.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)