Ostatnio przypadkiem, w biurowym korytarzu usłyszałem taką rozmowę:
- Tusk powiedział, że nie pojedzie na Olimpiadę do Pekinu.
- A zamierzał startować w jakiejś konkurencji?
- No coś ty...
- W takim razie co mnie to obchodzi?
Świat masmediów co chwilę nieruchomieje w pełnym napięcia oczekiwaniu na kolejnego męża stanu z tzw. wolnego świata, który oświadczy: „nie jadę na otwarcie Olimpiady". Gdy tylko znajduje się taki, rozlega się w eterze i na łamach ryk radości z powodu postawy, mającej rzekomo coś wspólnego ze sprawą Tybetu lub kwestią „praw człowieka" w ChRL. Z hukiem obwieszczano zapowiedź „nieudziału" nawet wówczas, gdy składał ja przywódca państwa liczącego w porywach do 3 mln obywateli. Wkrótce, jak można się było spodziewać o podobnie przychylne zainteresowanie żurnalistów połaszczyli się szefowie rządów lub głowy państw nieco większych (z punktu widzenia Chin już nie mikroskopijnych, ale nadal bardzo niewielkich), a wśród nich Jego Miłość premier Donald Tusk. Potem się oczywiście okazuje, że ten czy ów nie jedzie na otwarcie, ale na uroczystości zamknięcia igrzysk będzie na pewno. Inny znów polityk przyznaje cicho, że w ogóle nie planował takiego wyjazdu i wydaje się być sam tym faktem zdziwiony.
Gdybym w ogóle chciał zaprzątać sobie głowę tymi bzdurami, może zacząłbym domagać się od tych wszystkich „odważnych" polityków i zaangażowanych żurnalistów odpowiedzi na parę pytań. Na przykład: kiedy Tybet stał się prowincją, zawojowaną i siłą przyłączoną do ChRL? Pół wieku temu czy przed miesiącem? Albo takie pytanie: czy tłumienie antychińskich zamieszek w Tybecie to jakaś nowa jakość w polityce chińskiego rządu, czy praktyka znana światu i konsekwentnie stosowana przez chiński aparat władzy od dziesięcioleci? A po tym jeszcze tylko jedno: czy w chwili przyznawania ChRL organizacji Igrzysk Olimpijskich 2008, politykom i delegatom narodowych komitetów olimpijskich, światowej opinii publicznej w tym masmediom znane były odpowiedzi na pierwsze dwa pytania? Skoro wszyscy znają właściwą odpowiedź, to chyba można darować sobie tę politycznie poprawną hipokryzję.
I na tym koniec, bo jak wcześniej wspomniałem, nie chce mi się zaprzątać sobie głowy błazeństwami tego czy innego polityka lub stacji telewizyjnej w związku z Olimpiadą. Pozostaje mi tylko z politowaniem patrzyć jak po raz kolejny TVN ilustruje materiał o tłumieniu dążeń niepodległościowych Tybetańczyków nagraniem z rozpędzenia manifestacji, do jakiej doszło w... Nepalu.
MOże jestem staroświecki, ale uparcie obstaję przy tym, że Igrzyska Olimpijskie są dla sportowców i dla kibiców, a nie dla oportunistycznych polityków, wiszących na słupkach aktualnej popularności i zabiegających wciąż o „dobrą prasę". W ogóle, żaden z nich nie powinien jechać na otwarcie Olimpiady, ani tej, ani jakiejkolwiek innej. Są tam potrzebni jak gwóźdź wystający z siedziska ławki. Niestety, polityka wyniszcza sport olimpijski dużo skuteczniej niż środki dopingujące.
Brander



Komentarze
Pokaż komentarze (2)