Sytuacja tragiczna wyzwala emocje. Także zbiorowe. Nie sposób się temu dziwić. Dla wytrawnego gracza, który żadnym uczuciom się nie poddaje, jest znakomitą okazją do przyspieszonego zdobywania punktów. Na nic zda się odwoływanie do przyzwoitości czy zasad. Znamy to z prywatnego doświadczenia: zrozpaczonej wdowie niełatwo sprostać nagabywaniom przedsiębiorców pogrzebowych (nie zawsze uczciwych). Przydatny wtedy jest ten, kto zachowując trzeźwość umysłu, zdejmie z niej część niezbędnych obowiązków. Pod warunkiem, że nie pozostaje na usługach jednego z przedsiębiorców.
Takich przedstawicieli, czyli urzędników państwowych utrzymujemy stale, za nasze pieniądze. W sytuacjach szczególnych ich przydatność powinna być jedynie bardziej oczywista. Dla nich - jeśli sprostają niezwykłym wyzwaniom - mogą być szansą na osiągnięcie wielkości. Nie każdego na to stać. I nie trzeba się tego domagać. Wystarczy profesjonalizm.
Nie sposób mieć pretensje do premiera Putina, że prowadził i prowadzi swoją grę. Mogę jedynie podziwiać, jak fachowo to robi. Czy w imię interesów wspólnoty, którą reprezentuje czy jakichś innych - muszą rozeznać i rozstrzygnąć jego wyborcy. Niespecjalnie interesuje mnie teatrzyk miłych gestów (to zresztą najsłabszy punkt programu, niezbyt przekonująco odegrany).
Interesuje mnie, i to bardzo, co uzyskał premier mojego kraju, skoro już pofatygował się na miejsce katastrofy. Czy i jakie postawił warunki. Bo nie widać żadnych ich efektów. Czy zatem wszystko toczyło się pod dyktando jednego gracza? Wątpliwości i pytań z tym związanych jest sporo. Ograniczę się do jednej sytuacji, na Smoleńskim lotnisku, której symbolika może przytłoczyć wymiar konkretny. Oto po jednej stronie stoi dwóch premierów. Po drugiej - leży samotna prezydencka trumna. Można ten obraz, jak każdy, interpretować na różne sposoby.
Patetycznie i jątrząc (już można, wszak sfora spuściła się z łańcuszka). Oto po jednej stronie samotna trumna. W niej zwłoki tego, który zawadzał. Przeszkadzał. W czym? Każdy ma swoją odpowiedź. Obaj premierzy również. Już więcej nie będzie. Więc po jednej stronie leży klęska całkowita.
Po drugiej stronie znakomicie wyszkolony oficer KGB, z kamienną twarzą. Czy wraca do niego sparafrazowane pytanie, rzucone przez jednego z jego poprzedników pod adresem papieża - ile (ta trumna) ma dywizji? Nie wiemy. Nigdy nie dowiemy się niczego poza tym, co zechce nam ujawnić.
Obok niego stoi triumfująca Polska Zbychów, Mirów, Palikotów. Grzechów. Też z tradycjami. Więc już znacznie łatwiej będzie drzeć na strzępy postaw sukna. Jeszcze odrobina niepokoju. Czy udało się już wejść do opuszczonych gabinetów? Czy natychmiast powołać Ministerstwo Miłości, czy trochę poczekać? Jednak ogólnie jest postępowo do przodu. Żywi mają zawsze rację przeciw umarłym.
Rzeczowo, ale niestety z przewagą pytań. Samotna trumna. Dlaczego tylko jedna? Skąd ten nieprzytomny pośpiech? Już, już. Rozgrzebać pobojowisko, zanim wejdą prokuratorzy. Jacykolwiek, nawet tylko rosyjscy. Toż byle oglądacz seriali wie, że najpierw zabezpiecza się miejsce - wypadku lub zbrodni, rozwiązania nie zakłada się z góry, przed przystąpieniem do działania.
Nie ma nawet drugiej trumny - małżonki prezydenta. Może to taki ludzki gest, żeby córka i najbliższa rodzina musiała dwukrotnie uczestniczyć w przyjęciu trumien w Polsce. Dwukrotnie wystawiać swój ból na widok publiczny - bo siłą rzeczą są również osobami publicznymi. A występy publiczne to bez wątpienia najważniejsza kwestia i szczyt szczęścia.
Po drugiej stronie znakomicie wyszkolony oficer KGB, z kamienną twarzą. Za nim pracowity tydzień. Doprowadził do rozdzielenia Paliaczków już dawno, gdy ochoczo przyjęto jego jednostronne zaproszenie. Wygłosił parę gładkich słów w Katyniu, niemal równocześnie wysyłając do Strassburga pismo, kwestionujące jakąś tam zbrodnię, bo nie ma dokumentów. Wie doskonale, że przed sądem liczą się nie słowa, ale dokumenty. W polityce - nie słowa, ale czyny. Wczoraj otworzył budowę rurociągu, który za kilka lat stanie się podstawą przywrócenia właściwego porządku w Europie. Teraz wykonał kilka gestów, ładnie kształtujących jego wizerunek. Ale gesty to nie dokumenty. W eter poszły już brednie kontrolera lotów ze Smoleńska i inne. Powrócą zaraz echem z dzienników Rzymu, Paryża...
Nikt nie dojdzie prawdy i nawet nie zamierza. Teraz Polacy pogrążą się w żałobie, będą śpiewać, cytować swoich poetów, palić świeczki. Od takiego ognia Kreml nie spłonie.
Obok niego premier mojego kraju. Niepewny. W każdej sytuacji człowiek zachowuje się na różne sposoby. Spontanicznie - gdy nie ma nic do ukrycia czy nie zważa na wizerunek, choćby to niekiedy sprawiało nieładne wrażenie; mówi sobą „jestem, jaki jestem”. Lub wedle wpojonej kindersztuby. Lub według wzorców, jakie przyjął i świadomie przyswoił. Sytuacja ekstremalna jedynie wyostrza ogląd tych sposobów. Premier, choćby i chciał, od dawna nie jest w stanie zachowywać się spontanicznie. Nie szkodzi. Wystarczyłby protokół dyplomatyczny. Ale to trzeba znać i umieć.
Ma braki w tej edukacji, i stąd kłopot. W repertuarze wypracowanych zachowań są miny wesołe, zatroskane (o los państwa), groźne. Miny smutnej nie przerabiał. Trzeba się było uczyć. Ale kiedy i po co? Na boisku takie sytuacje nie występują. Nażelowani młodzieńcy tego z nim nie przerabiali. Smutna mina nie jest cool, więc nie jest do niczego potrzebna. Pozostaje tylko mina groźna, którą już znamy. Nie będzie czasu, żeby przećwiczyć inną. Będzie ją serwował podczas kolejnych uroczystości. Aż po kościół Mariacki.
Podczas ceremonii przyjmowania tej pierwszej trumny na lotnisku w Warszawie to nie wystarczy. Obnaży się bezradność. I wychodzą wtedy jakieś dziwne podrygi - skłonić głowę, czy nie, ot tak przechodząc obok rodziny coś kiwnąć, w niedopracowanym tańcu półgestów.
Ale wróćmy na pierwsze lotnisko. Po co tu stoi, po co w ogóle tu przyjechał? Płakać? Nie. To ja mam prawo płakać. Urzędnik, utrzymywany za moje pieniądze ma tam być po coś konkretnego. Nikogo wyższego rangą tu nie będzie. On ma zapewnić status działania polskim prokuratorom. Dokonać najważniejszych ustaleń, według których powinno potoczyć się śledztwo.
Jak to możliwe, żeby nie załatwił NIC? Choćby dla polepszenia własnego wizerunku. Nie powiedział stop; stańcie na głowie, ale mają tu być trzy trumny. Pary prezydenckiej i ostatniego prezydenta RP na Uchodźstwie. Gdyby także przed Jego trumną musiał skłonić głowę oficer KGB - byłoby to nie tylko symboliczne zwycięstwo. Ten fakt dałoby się wykorzystać; trudniej byłoby wtedy utrzymywać przed sądem, że zamordowani obywatele RP to może zwykli kryminaliści. Bo któż to wie, jakieś groby są, dokumentów nie ma żadnych.
Wszystko może mieć znaczenie. Tylko trzeba je nadać - i faktom, i gestom.
Najwyraźniej nie stało się nic. Nawet dla podtrzymania pozorów. Skoro szefem śledztwa został premier Putin, pomijając już kuriozalność takiego rozwiązania, sprawa jest właściwie pozamiatana. Przecież podważenie ustaleń tej komisji, choćby w drobnym szczególe, będzie ciosem w cudownie przełomowo rozwijające się stosunki polsko-rosyjskie.
Premier będzie powtarzał jak mantrę, przy wszystkich okazjach w ciągu tygodnia, że tego zrozumieć się nie da. Tak więc wszelkie próby wyjaśnienia będą daremne. Po co tracić czas? Teraz Polacy pogrążą się w żałobie, będą śpiewać, cytować Słowackiego i Herberta, palić świeczki. Nikt się nie będzie domagał ani konkretów, ani profesjonalnego postępowania. Wystarczy na kilka dni schować Palikota. Potem zagada się resztę.
Pytań do premiera mojego kraju jest wiele. Głupio je w kółko zadawać, nie otrzymując żadnej odpowiedzi.
Ale pytanie: Ile ta trumna ma dywizji? - jest skierowane także do nas.
85
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (22)