Przez ponad tydzień trwała Sobota. Zakończona uroczyście, wzruszająco i znacząco w niedzielę. Dni mijały, a ona trwała, co prawda nie wszędzie i nie do końca.
Ale już jest środa. Czyżby nic nie drgnęło? Znów będzie głównie środa?
Tragedie mają ogromne znaczenie. I dla wspólnoty, a przynajmniej dla tego, co z niej przetrwało, i dla jednostek. Literatura jest jednym z obszarów, gdzie efekt takich wstrząsów jest zauważalny szybko i wyraźnie. Tragiczna perspektywa pomaga przywrócić zaburzoną z różnych powodów hierarchię. Nie tylko w Sobotę. No, ale już jest środa.
Kilkanaście sekund w Smoleńskim lesie niweluje lata wytężonych wysiłków, reklamy, lansu i wszelkich marketingowych oraz ideologicznych zabiegów. Wszystko widać jasno, wyraźnie i bez szumu efektownych „kontrowersji”.
Chyba można przyjąć, że dwukrotny laureat najwyższej (finansowo) nagrody literackiej w Polsce to najwybitniejszy pisarz tego kraju. I oto budząc się 10 kwietnia, a może dopiero w niedzielę, Jerzy Pilch odkrywa, że znalazł się tam, gdzie sobotnie okładki „Nie” oraz „Faktów i mitów”. Publiczność też to zauważa. Już wcześniej docierało do niej, przynajmniej do części, że dowcip idola mocno się stępił. Że sowicie wynagradzane zlecenie realizowane jest w kółko obracanymi „Kaczorami”. Że poza ewentualnym rechotem nie pozostaje z tego nic.
W następną sobotę jest na posterunku, na swoim miejscu, w programie TVN 24, retransmitowanym w TVN. Rąk nie jest w stanie opanować, ale wzrok wbija w kamerę jak Kaszpirowski. Wszystko było OK, miał prawo do karykatury.
Przytaczanie argumentów byłoby już naprawdę nudne. Ale przecież misja trwa. Wiadomo dokładnie, co na bieżąco trzeba zdyskredytować. „Polacy osiągnęli arcymistrzostwo w paleniu zniczy i układaniu krzyży z kwiatów”. I to by było na tyle. Nic nie może się udać, nie może się udać - powtarzajmy w kółko i bez przerwy. To budujące.
Obok Olga Lipińska. Pewnie każdy w PRL zaśmiewał się z czerwonego wentyla, jej Kabareciku, głównie za sprawą obsady; ale to jeszcze za mało, by pełnić funkcję autorytetu we wszystkich sprawach, a coraz częściej w takiej roli pani Lipińska się pojawia. Z charakterystyczną, nieco skrzywioną miną wylicza niskie motywacje ludzi stojących przed Pałacem Prezydenckim. No, ale przecież - wtrąca prowadzący („Nie dajemy na razie ostrych lidów...”) - stoją po kilkanaście godzin, to nie takie łatwe... „Ja bym nie poszła”. Jednak pytanie doprowadza ją do sedna. „Oni chcą uczestniczyć”.
Ano właśnie. W głowie się nie mieści, że „bydło” (to słowo nie pada, ale wynika z intonacji i całego wywodu) chce uczestniczyć. I to ją przeraża. Ależ tak, pani reżyser, ONI CHCĄ UCZESTNICZYĆ. To wspaniałe.. I to piękne słowo, ale splugawić da się jak każde inne.
Ona wie, że nic się zmieniło „po śmierci Jana Pawła” (sic!). Parę godzin wcześniej prezenterka 1 programu TV, oponując przeciw podobnej opinii, wskazywała na fundacje, które powstały i działają, i przynoszą konkretny pożytek. A dr Fedyszak-Radziejowska (jakoś intelektualnie jednak wyżej cenię tę panią; tak - jestem pod pewnymi względami zachowawczy: uważam, że aby mówić, trzeba mieć rozum) dopowiadała o m.in. inicjatywach samorządowych podejmowanych właśnie po tamtej Śmierci, o zmianach relacji międzyludzkich, widocznych w wynikach prowadzonych przez nią na wsi badań.
Nieważne. Olga Lipińska wie - wszystko i za wszystkich. A przede wszystkim WMAWIA. „Nic się nie zmieniło”. Ona wie. Najdziwniejsze, że osoby deklarujące się jako oświecone i przeciwne ciemnogrodowi, przyjmują te prawdy objawione - głoszone z wyżyn - bez mrugnięcia okiem. Zdradzają tym samym skłonność do mistycyzmu, czemu rzecz jasna, zapytane wprost, gorąco by zaprzeczały.
Już po dzwonku! Do klasy, do klasy. I powtarzać. „Jak podkreślała prof. Magdalena Środa... na antenie Radia TOK FM...”.
Bez wątpienia jest już środa. Ale czy musi trwać nieprzerwanie całymi tygodniami?
93
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (7)