Womit dzikiej furii, wywołany filmem Solidarni 2010 uniemożliwia dyskusję. Niezależnie od takich czy innych poglądów. Rzeczowe odpowiadanie na pozbawione konsekwencji zarzuty traci sens. Sprowadza je do poziomu bełkotu, którego producenci nie dbają nawet o pozory logiki. I o to m.in. chodzi – mechanizm takiego ściągania do absurdu ukazuje mimochodem artykuł Streljaj w „Tygodniku Powszechnym”, poświęcony katastrofie smoleńskiej. Autor, ładując do jednego wora istotne i uzasadnione wątpliwości z wyimaginowanymi przepowiedniami Nostradamusa itp. zmierza do podobnego celu: wszystko staje się brednią.
Gdy hasło zostało rzucone, nie ma większego znaczenia czy kolejni podwykonawcy realizują je cynicznie (wiedząc, że plotą bzdury), czy z „wiarą”. Najczęściej przekonanie o autentyczności głoszonych przy tej okazji tez opiera się na tzw. wyobraźni pornograficznej, czyli projekcji własnej wizji rzeczywistości. Stąd nieprzypadkowo osobnik agresywny w swoich poczynaniach widzi „agresję” u innych, kogoś zazwyczaj rozmijającego się z prawdą razi „kłamstwo”, itp., itd.
Na takich warunkach sensownej rozmowy prowadzić się nie da. Szkoda, bo rozmowa, czyli ścieranie się odmiennych poglądów, jest pożyteczna. Zwłaszcza, że pretekstem do niej mógł być film rejestrujący niewątpliwie ważne zjawisko. No i to ono przecież jest przedmiotem gry.
Nawiązanie tytułu do filmu Robotnicy ‘71: nic o nas bez nas pojawiało się w tej wrzawie bardzo rzadko. Może jako nazbyt oczywiste? Gdybyśmy mieli do czynienia z dyskusją, nie dałoby się go pominąć. Jasno określa podstawowe, świadomie przyjęte założenia, a tylko w odniesieniu do nich można oceniać (także negatywnie) dzieło.
Rzecz w skrócie sprowadza się do zamierzeń, ujętych przez Krzysztofa Kieślowskiego, współtwórcę tamtego filmu: Próbowaliśmy zrobić szeroki portret robotników. Tych, którzy mają rządzić - teoretycznie przynajmniej - i mają trochę inne poglądy, niż można było przeczytać na pierwszej stronie "Trybuny Ludu".
Czy tamten dokument (i nawiązujący do niego Robotnicy ’80) to arcydzieło sztuki filmowej? Nie. Czy ukazane w nim postaci mówią same mądrości, przedstawiają wyważone sądy, etc.? Nie. Dlaczego zatem wtedy „Trybuna Ludu” nie domagała się „obiektywizmu”, zaprezentowania „innych poglądów”, etc.? Nie było takiej potrzeby. Robotników ’71 nigdy nie pokazano, wyemitowano spreparowaną wbrew protestom autorów wersję pt. Gospodarze.
Powie ktoś, że to se na vrati. Że mimo wrzasków i kolejnych donosów każdy może wszak obejrzeć film w sieci. No, każdy, kto ma dostęp do Internetu.
Zgoda, dziś tak prosto się nie da. Trzeba się mocniej postarać, żeby zagłuszyć, zohydzić, zadeptać. Wyeliminować zupełnie jest jeszcze trudniej. Chociaż można mieć wątpliwości, jaki wpływ na młodych adeptów sztuki filmowej będzie miała ta nagonka. Ale przecież nie film stanowi problem.
Jest nim problem, jaki film Ewy Stankiewicz pokazał, a raczej fakt, że ów problem w ogóle nie powinien istnieć. Skoro nie powinien, to go nie ma. Bowiem starogrecki paradoks brzmi współcześnie mniej więcej tak:
1. Nie ma nic. Poza telewizją.
2. Gdyby nawet coś było, to jeśli nie pojawiło się w telewizji, nie byłoby poznawalne.
3. Gdyby nawet było poznawalne na inny sposób, to bez uwzględnienia przez telewizję nie mogłoby być przedmiotem porozumienia między ludźmi.
Tak więc problemu nie ma. Jedyny problem to film Solidarni 2010, a właściwie fakt, że go wyświetlono. I teraz trzeba go wymazywać z pamięci. To całkiem inny problem, więc nie ma o czym rozmawiać.
Może jednak i z tej paradoksalnej awantury wyniknie jakiś pożytek? Do niedawna tzw. umiarkowani, przyznając, że wizja monopartyjności staje się całkiem realna, dopowiadali, żeby nie bawić się w ogrodnika, i nie przesadzać z zagrożeniami, bo to jeszcze nie totalitaryzm. Do użycia tego straszliwego słowa (które w ogóle należy odesłać do zamierzchłej i wybiórczej historii) brakowało dążenia do władztwa nad myślami.
Jeśli udało im się obejrzeć film zanim wytłumaczono, co mają o nim myśleć (a przede wszystkim, że nie ma żadnego problemu), to muszą jeszcze kilka słów przedefiniować. To żaden wysiłek, bo wszystko już dawno ponazywał Orwell. Albo przyjąć, że demokracja to taki ustrój, w którym zakazuje się pomyśleć, że można myśleć inaczej niż brzmią dyrektywy aktualnej władzy. To wymaga trochę większego wysiłku, i zachowania czujności, bo zalecenia się zmieniają.
Tak czy inaczej, chcąc uważać, że myślą samodzielnie, mają problem.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)