bren bren
234
BLOG

Czy coś się zmieni

bren bren Polityka Obserwuj notkę 0

Jeszcze w poniedziałek pod moim poprzednim wpisem pojawił się komentarz, rozpatrujący m.in. kwestię ożywienia, które wniesie do polityki Ruch Poparcia Palikota. Zanim zdążyłem zasugerować, że bardziej nadaje się do umieszczenia np. pod poniedziałkową notką Krzysztofa Kłopotowskiego, został usunięty przez adm. Dziś można powiedzieć, że to już nastąpiło, choć słowo „ożywienie” jest trochę nie na miejscu. Założony plan koalicji PORP wykrystalizował się. To się nie zmieni. Siły dobra będą kontynuować walkę o pokój, prowadząc wojnę z agresją przyszłego koalicjanta, więc inny przeciwnik zapewne przestaje im być potrzebny i nadchodzi czas ostatecznego rozwiązania kwestii PiS-u.
Czy poza tym, co akurat nie jest podnoszone wprost, a co w normalnym języku informacyjnym nazywa się zastraszaniem opozycji, coś się zmieni? A raczej – czy można coś zmienić?

Powtarza się w ten sposób pytanie stawiane pół roku temu – czy nastąpi przebudzenie (narodziny?) społeczeństwa obywatelskiego. Pytanie bardzo istotne i zasadne, bo odpowiedź powinna zależeć od „nas”, czyli obywateli, a nie od zgadywanek, mrzonek czy uroczych haseł. Oznaczałoby to (na początek) zmianę stosunku do medialnego przekazu. I wymuszenie zmian u nadawców. A więc jakiś pożytek z kolejnej tragedii.
Kiedy podnosiłem ten problem w jednej z dawniejszych notek, komentatorzy raczej negowali możliwość takiej zmiany. Aby wyjaśnić, czemu do niej wracam, posłużę się sportowym przykładem (bez spodziewanych aluzji).
Jest w Pięknych dwudziestoletnichMarka Hłaski opowieść z klubu piłkarskiego. Tam też poznałem „Kape” – innego kolegę, który był potem naszym lewym napastnikiem i który umiał kopać przeciwnika najpierw w piszczel, a padającego już – w twarz. (...) Kape potrafił tak kopnąć zawodnika, że sędzia nie mógł tego zauważyć. Był przy tym bardzo grzeczny: zawsze podnosił skopanego i kłaniał się sędziemu. Widziałem potem podobnego gościa: był to bokser wagi lekkiej, Debisz z Łodzi. „Gentelman ringu” potrafił w mgnieniu oka uderzyć jednocześnie poniżej pasa i doprawić łokciem w łuk brwiowy; po czym ze skruszoną miną kłaniał się sędziemu. Wygrywał dziewięćdziesiąt procent walk przez techniczne k.o.
Przytoczyłem ten fragment, bo znakomicie oddaje aktualną sytuację. Różnica w odniesieniu do kwietnia polega na tym, że obłuda jest dziś bardziej oczywista.
Bardziej – dla kogo? Czy ktoś, kto nie widział jej dotąd, nagle przejrzy – raptem po jednym odstrzelonym i jednym niedorżniętym? Aż tak naiwny nie jestem. Nie liczę na to, że „kolega Kape” zmieni skuteczne dotąd metody. Nie pokładam nadziei w tym, że sędzia stanie się obiektywny lub bardziej spostrzegawczy, zwłaszcza, że nie mam wpływu na to, kto mu płaci. Cały czas chodzi mi o kibiców.

Znów – nie o tę ich część, która choćby i widziała faul – dopiero z relacji sprawozdawców dowie się, co ma o tym myśleć. Używam tego schlebiającego im pojęcia, tusząc, że przynajmniej niektórzy nie tylko oglądają Lisów, Żakowskich itd., ale czasem ich czytają. Dysponują więc czymś w rodzaju mózgu w zakresie niezbędnym do składania liter. Jak znoszą pogardę, z jaką są traktowani – przez co rozumiem kompletny już brak wysiłku i profesjonalizmu w robieniu im gówna z resztek tegoż mózgu – nie wiem, ale to już ich problem. Choć oni raczej problemów nie miewają.
Wciąż idzie mi więc o tę część kibiców, która twierdziła: „nie interesuję się sportem”, „sprawozdań też nie słucham”, „mnie to nie dotyczy” itp. W programie „Warto rozmawiać” pewien pan – żywcem przeniesiony z PRL-u, tyle że z nową, elegancką laską – wyjaśnił im, że to taka gra. Nie dodał tylko, że reality-show, w którym giną ludzie. W tym samym programie Rafał Ziemkiewicz powtórzył swój publikowany w „Rz.” komentarz (jeden z najbardziej trafnych, jak do tej pory) i dodał, że jedyna zmiana, której oczekuje, to „uczciwość mediów”. Nie sądzę, by odnosiło się to do marzeń o cudownej przemianie. Nie rozwinął tej opinii, ale zakładam, że jest to nadzieja podobna do mojej – że obłudy nie da się dalej podtrzymywać.
A zatem i „niezainteresowani” zorientują się wreszcie, że bierność jest przyzwoleniem na mord. Przyjmuję, że niektórzy z nich znają historię w nieco większym wymiarze niż „ostatnio na Facebooku” i nie zdołają uciec przed analogią, która może uderzyć w ich poczucie niewinności. Albo przyzwoitości. Jeśli im na czymś takim zależy. Bo przecież nie musi. A jeśli się okaże, że większość odpowie (sobie): tak, popieram, tylko załatwcie to lepiej z kałacha, żeby szybciej poszło? Trudno, lepsze to niż dalsze udawanie.

Skąd przekonanie, że tych pozoracji nie da się już ciągnąć? Ano, wciąż wierzę, że jedni, dostrzegłszy złowrogą analogię, jednak wycofają bierną akceptację. Inni nie – nawet gdyby byli w stanie uświadomić sobie analogię, mogą to mieć za nic. Ale wtedy czyha na nich co innego: stają się osobnikiem ze starego rysunku Mrożka – skaczącym na innym, leżącym. Ten skaczący wykrzykuje w dymku: „Ja cierpię”. Być katem – OK, nie ma sprawy, wspólnikiem – w porządku, to się opłaca; ale być śmiesznym – tego nie zniosą. Nie oni.


 

bren
O mnie bren

Nie ma takiego poświęcenia, na które by się człowiek nie zdobył, byle tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia. /sir Joshua Reynolds/

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka