Gdy czytam o Iwanie IV Groźnym, tym skrajnie zaburzonym carze, który z dzieciństwa wyniósł smak krwi i strachu, a potem uczynił z nich fundament państwa, trudno nie odnieść wrażenia, że historia Rosji to jeden długi, mroczny serial z niezmienną obsadą. Kostiumy się zmieniają, od czarnych opriczników przez enkawudzistów po małych zielonych ludzików, lecz scenariusz pozostaje ten sam. Absolutna władza, paranoja, terror i trup ścielący się u stóp tronu.
Iwan IV nie wziął się znikąd. Urodzony w 1530 roku, dorastał wśród pałacowych intryg, otruć, upokorzeń i bojarów walczących o wpływy. Sierota otoczona wrogami szybko zrozumiała, że w Rosji lepiej zadawać ból, niż go znosić. Najpierw dręczył zwierzęta, potem ludzi. Stworzył opriczninę, prywatne państwo terroru, w którym rabunek, gwałt i mord były nie tylko tolerowane, lecz wręcz nagradzane. Masakra Nowogrodu, otrute żony, utopiona stryjenka, a w końcu zabicie własnego syna okutą laską, wszystko to odbywało się w imię trzeciego Rzymu i nieograniczonej władzy. Reformy istniały, ale utonęły we krwi.
Ta mieszanka imperialnych ambicji i patologicznej brutalności stała się rosyjską specjalnością. Po Rurykowiczach przyszli Romanowowie. Piotr I Wielki torturował własnego syna. Katarzyna II Wielka nie zauważyła zamordowania męża. Potem nadszedł XIX i XX wiek. Carowie, rewolucja, Lenin, a wreszcie Stalin, zafascynowany Iwanem Groźnym do tego stopnia, że kazał kręcić filmy gloryfikujące terror. On także czyścił elity, zabijał towarzyszy, głodził Ukrainę i podpisywał listy śmierci z biurokratyczną precyzją.
Po Stalinie przyszedł krótki oddech. Chruszczow, Breżniew, Gorbaczow. Jednak schemat wrócił. Jelcyn oddał władzę Putinowi, a ten zbudował system, w którym opozycjoniści giną w niewyjaśnionych okolicznościach, dziennikarze wypadają z okien, a krytycy umierają w wypadkach. Nawalny, Politkowska, Litwinienko. Lista jest długa. Wojna w Ukrainie, ze swoim bestialstwem, obozami filtracyjnymi i masowymi grobami, nie jest aberracją. Jest logicznym ciągiem dalszym. Putin, jak Iwan, mówi o zbieraniu ziem ruskich i obronie cywilizacji, a w praktyce eliminuje zdrajców i podporządkowuje wszystko własnej woli.
Co tkwi w rosyjskim DNA władzy? Może ogrom państwa i słabość instytucji. Może kult silnej ręki, który usprawiedliwia każde okrucieństwo. A może to po prostu mechanizm, w którym absolutna władza deformuje charaktery tak jak grawitacja czarnej dziury deformuje czas i przestrzeń. Kto raz wejdzie na Kreml, zaczyna patrzeć na ludzi tak jak Iwan patrzył na bojarów. Jak na zagrożenie albo narzędzie.
Iwan Groźny zmarł przy szachach w 1584 roku, wyniszczony chorobami, być może syfilisem. Kometa miała zwiastować jego koniec, a lud pewnie odetchnął. Putin też kiedyś odejdzie, naturalnie albo nie. Pytanie brzmi, czy Rosja potrafi wyrwać się z tej tradycji. Czy następca zbuduje państwo oparte na prawie, a nie na strachu. Historia podpowiada, że nie. Cień Iwana nadal pada na Kreml, a rosyjscy władcy powtarzają wciąż tę samą zasadę. Lepiej być groźnym niż słabym.
Bo w Rosji słabość oznacza koniec. A Kreml nigdy nie pozwala na koniec, nawet jeśli ceną jest kolejne pokolenie żyjące w cieniu carskiej laski.



Komentarze
Pokaż komentarze (15)