Aktor ma prawo do poglądów tak samo jak lekarz, hydraulik czy nauczyciel, ponieważ demokracja nie zna zawodów zobowiązanych do milczenia. Problem zaczyna się jednak nie w momencie, gdy artysta zabiera głos w sprawach publicznych, lecz wtedy, gdy ton jego wypowiedzi zaczyna przypominać krzyk, a jeszcze gorzej, gdy przechodzi w pogardę i obrażanie przeciwników. Popularność nie jest wyłącznie przywilejem, jest również odpowiedzialnością, ponieważ słowa osoby rozpoznawalnej rezonują znacznie mocniej niż anonimowy komentarz w internecie, wyznaczają standard debaty i wpływają na sposób, w jaki inni uczestnicy sporu formułują swoje opinie. Właśnie dlatego styl wypowiedzi ludzi sceny ma znaczenie wykraczające poza ich prywatne przekonania.
W ostatnich latach część polskich aktorów zdecydowała się wejść w sam środek politycznego sporu i nie zawsze towarzyszyła temu powściągliwość. Piotr Zelt w 2021 roku, komentując kryzys na granicy z Białorusią, nazwał rzeczniczkę Straży Granicznej „twarzą bestialskich, bandyckich standardów państwa PiS”, wpis został później usunięty, sprawa trafiła do sądu i zakończyła się jego uniewinnieniem, jednak emocje wokół tej wypowiedzi nie zniknęły. Formalnie wszystko mieściło się w granicach prawa, ale pozostaje pytanie, czy personalizowanie konfliktu i używanie tak ostrego języka rzeczywiście sprzyja rzeczowej dyskusji, czy raczej utrwala atmosferę oblężonej twierdzy, w której każda ze stron widzi w przeciwniku moralne zło.
Podobnie głośne były słowa Daniela Olbrychskiego, który w 2025 roku określił wyborców Andrzeja Dudy jako „szpetnych ludzi” i „faszystów”, co wywołało natychmiastową falę komentarzy i oburzenia. Można zdecydowanie nie zgadzać się z wyborami politycznymi milionów obywateli, można je ostro krytykować i punktować błędy władzy, jednak sprowadzenie całej grupy do inwektywy oznacza przekroczenie granicy między krytyką a zbiorową stygmatyzacją. Kiedy artysta tej klasy zaczyna mówić językiem pogardy, przestaje być postrzegany jako autorytet moralny, a zaczyna funkcjonować jako uczestnik plemiennego sporu, w którym liczy się nie argument, lecz siła ciosu.
Maciej Stuhr od lat porusza się po cienkiej linii ironii i prowokacji, a jego wpis z 2021 roku, w którym napisał „Nie szczepimy się, nienawidzimy czarnych, Żydów i pedałów…”, miał według niego obnażać społeczne uprzedzenia i być gorzkim komentarzem do rzeczywistości. W praktyce w spolaryzowanej Polsce ironia bywa jednak odczytywana dosłownie, cytat zaczyna żyć własnym życiem i przestaje funkcjonować jako satyra, stając się kolejnym elementem zaogniającym konflikt. W takiej atmosferze nawet intencja krytyczna nie zawsze chroni przed skutkiem odwrotnym do zamierzonego, ponieważ emocja przykrywa sens.
Ostry język nie jest zjawiskiem jednostronnym, czego przykładem może być Redbad Klynstra-Komarnicki, który wywołał burzę wpisami łączącymi temat LGBT z problemem pedofilii, co spotkało się z zarzutami homofobii i miało realne konsekwencje zawodowe. Niezależnie od oceny tych konsekwencji trudno nie zauważyć, że język sugerujący zbiorową winę czy moralną degenerację całych środowisk nie sprzyja dialogowi, lecz wzmacnia logikę wojny kulturowej, w której przeciwnik przestaje być partnerem do rozmowy, a staje się wrogiem do pokonania.
Na tym tle szczególnie wyraźnie wybrzmiewają głosy aktorów, którzy świadomie wybierają dystans wobec bieżącej polityki. Śp. Jan Nowicki, nieodżałowany mistrz, mówił, że aktor do południa powinien być za Wałęsą, a po południu przeciw Wałęsie, co nie było zachętą do oportunizmu, lecz podkreśleniem wolności artysty od jednoznacznego przypisania do którejkolwiek strony sporu. Sens tej myśli polega na tym, że aktor powinien zachować zdolność wcielania się w różne postawy i światopoglądy, a zbyt silne związanie się z jedną barykadą może ograniczać jego wiarygodność i artystyczną swobodę. Podobne stanowisko prezentowali Cezary Pazura i Artur Barciś, którzy w wywiadach podkreślali, że nie chcą angażować się partyjnie, ponieważ widz powinien widzieć w nich bohatera filmu czy spektaklu, a nie rzecznika konkretnej opcji politycznej, a zawód aktora nie jest tożsamy z rolą agitatora.
Granica wcale nie przebiega między prawem do zabierania głosu a obowiązkiem milczenia, lecz między krytyką a pogardą, między ostrą oceną działań władzy a dehumanizowaniem jej wyborców czy przeciwników ideowych. Krytyka jest fundamentem demokracji, ponieważ pozwala kontrolować rządzących i korygować błędy, natomiast pogarda niszczy przestrzeń rozmowy i zamienia debatę w serię wzajemnych oskarżeń. W sytuacji, gdy Polska od lat tkwi w głębokiej polaryzacji, słowa ludzi znanych i cenionych mogą albo pogłębiać podziały, albo łagodzić napięcia, dlatego warto, by ci, którzy zawodowo operują słowem i emocją, pamiętali, że ich głos ma szczególną wagę i może budować mosty równie łatwo, jak barykady.


Komentarze
Pokaż komentarze