Grafika stworzona przy pomocy sztucznej inteligencji (DALL·E, OpenAI)
Grafika stworzona przy pomocy sztucznej inteligencji (DALL·E, OpenAI)
Ja Falski Ja Falski
54
BLOG

Kogo widzimy, gdy czytamy? O literackich twarzach, które nosimy w głowie

Ja Falski Ja Falski Kultura Obserwuj notkę 8
Literatura ma niezwykłą moc: zanim jeszcze powstanie ekranizacja, w naszych głowach już grają aktorzy, których nikt poza nami nie widzi. Czasem trafiamy idealnie, a czasem wyobraźnia płata nam figle. Oto kilka moich przykładów.

Skoro dzisiaj Boża Niedziela, to chciałem trochę wyhamować od bieżącej polityki i innych zdarzeń budzących wielkie emocje. Chciałbym dzisiaj bardziej skupić się na naszym, a szczególnie na moim postrzeganiu i wyobrażaniu sobie bohaterów książkowych oraz zapytać, czy Wy też tak czasami macie i czy Wam też się to przydarza? Gdy czytam jakąś książkę, podświadomie wyobrażam sobie, jak wyglądają opisywane przez autorów postaci. Nie robię tego na siłę, po prostu w większości dzieje się to samo. Czytam i już wiem, jak bohater wygląda, chociażby autor tekstu nie opisał go zbyt dokładnie. U mnie ma on już sprecyzowaną twarz, tembr głosu i własny sposób poruszania się. A teraz przejdźmy do przykładów i od razu z grubej rury, dla mnie najbardziej zaskakującego.

Ostatnio wpadły mi w ręce książki Iana Fleminga o sławnym agencie 007. Te pierwsze, z początku serii. Z uwagi na to, że filmy widziałem, a książek nie czytałem, zasiadłem do lektury. Oczekiwań żadnych nie miałem, bo lektura miała być lekka, łatwa i przyjemna. Pamiętając o ekranizacjach, wielkich i drogich produkcjach, gdzie akcja dzieje się w zawrotnym tempie, nastawiłem się na coś podobnego. A tu niespodzianka. Pan Bond osadzony w latach 50. jeździł własnym, szaroniebieskim Bentleyem z 1933 roku, potem Bentleyem Mark VI z 1953 roku. Dla rozrywki nałogowo palił papierosy (60–70 dziennie), uprawiał hazard oraz w dużych ilościach pił alkohol. Czyli nic, co znalibyśmy z filmów, gdzie jego postać została znacznie wygładzona. W książki wciągnąłem się bardzo i przeczytałem 6 pierwszych tomów jednym ciągiem. Wątki tam snują się sennie, zapach cygar i alkoholu jest wszechobecny i bardziej mi się to wszystko kojarzyło z Raymondem Chandlerem (którego wielkim fanem był Ian Fleming) niż z wartkimi, kręconymi w wielkim hollywoodzkim stylu filmami. No i teraz przejdźmy do sedna tego wpisu, czyli kogo sobie wyobrażałem czytając te wszystkie książki, myśląc o agencie 007. Jak wiemy, odtwórców filmowego bohatera było sześciu: Sean Connery, George Lazenby, Roger Moore, Timothy Dalton, Pierce Brosnan i Daniel Craig. Osobiście uważałem i najbardziej ceniłem w tych filmach Seana Connery’ego, potem trochę zwariowanego i komicznego Rogera Moore’a. I w sumie tyle, reszta grała jak grała, ani nie zaszkodziła produkcjom, ani nie wzniosła ich na jakieś ponadprzeciętne wyżyny. I tu, czytając książki, mój mózg spłatał mi ogromnego psikusa, albowiem drodzy państwo, od początku czytania James Bond dla mnie miał twarz, głos i ten niewyraźny uśmiech Daniela Craiga. Nic na to nie poradzę, jego twarz towarzyszyła mi zawsze przy lekturze, choćbym po tysiąckroć wolał twarz Seana Connery’ego lub nawet Rogera Moore’a. Nawet trochę mnie to z początku złościło, ale uznałem, że chyba niestety Craig najbardziej pasuje do prostych, jednorzędowych marynarek o klasycznym brytyjskim kroju z lat 50., zapinanych na dwa guziki.

Sytuację całkowicie odwrotną miałem z cyklem o zakopiańskim policjancie, komisarzu Forście autorstwa Remigiusza Mroza. Swoją drogą polecam jako lekką lekturę na plażę. Ja czytałem na Costa Blanca i jakże byłem zdziwiony, gdy główny bohater dotarł do miasta Torrevieja, gdzie właśnie wylegiwałem się na plaży. Ale nie o komisarza Forsta mi chodzi, a o jego przełożonego, podinspektora Edmunda Osicę. Na co dzień zgrywa surowego, bezwzględnego szefa starej daty. Często krzyczy, klnie i grozi Forstowi dyscyplinarnym wyrzuceniem z pracy lub zesłaniem do najgorszych obowiązków. W rzeczywistości jednak głęboko troszczy się o swoich ludzi, a dla Forsta stał się kimś w rodzaju surowego, ale lojalnego ojca. Wielokrotnie ryzykuje własną karierę, by kryć nielegalne działania Wiktora przed prokuraturą i Warszawą. No i tutaj, czytając cokolwiek o Osicy, miałem przed oczami Mariana Dziędziela, tego z „Wesela” i „Drogówki” Wojciecha Smarzowskiego. Z tej serii książek powstała nawet ekranizacja, którą reżyserował Daniel Jaroszek, natomiast rolę podinspektora Edmunda Osicy zagrał Andrzej Bienias, zupełnie inny od mojego wyobrażenia. Serialu nie oglądałem i nie żałuję, bo katować się kolejnymi produkcjami Netflixa jest ponad moje siły. Za to w rozmowie z jednym aktorem, który mocno siedzi w branży castingowej w Polsce, poruszyłem ten temat, że mnie bardziej pasowałby Dziędziel, a oni wzięli Bieniasa, którego nawet za bardzo nie kojarzę. On spokojnie i fachowo mi wytłumaczył, że pan Bienias daje radę i jest naprawdę dobry jako aktor, także w tej konkretnej roli. Dodał nawet po cichu, że był lepszy niż Szyc, który grał główną rolę w tym serialu i miał ten cały serial unieść, ale w sumie średnio mu to wyszło, to całe unoszenie.

No i na koniec moja mała, osobista perełka w sprawach wyobrażeń literacko-aktorskich. Od wczesnych lat młodzieńczych czytam trylogię Sienkiewicza i często do niej wracam, raz w całości, a raz tylko fragmenty, wszystko w zależności od humoru i okoliczności. Prawie nigdy nie wracam do książek, ale trylogia, „Mistrz i Małgorzata” oraz Lem stanowią te właśnie wyjątki. Czytając trylogię, oczywiście, że mały rycerz to pan Łomnicki, ale ja nie o tym. Mnie najbardziej urzekła ekranizacja Jerzego Hoffmana z 1999 roku, a dokładnie pan Wiktor Zborowski. Nigdy nie miałem tak, żeby oglądając jakąkolwiek ekranizację, postać zagrana była tak idealnie w porównaniu do moich wyobrażeń. Postać Longinusa Podbipięty herbu Zerwikaptur, pobożnego, niezwykle wysokiego litewskiego szlachcica, który ślubował czystość, dopóki nie zetnie trzech głów wrogów jednym zamachem miecza, w wykonaniu pana Wiktora to najlepsze, co mogłem sobie wyobrazić dla tej postaci. A gdy wracam do lektury, widzę właśnie jego. W styczniu 2026 roku aktor świętował swoje 75. urodziny. Mam ukryte marzenie, że kiedyś go spotkam i będę mógł mu podziękować za jego wielki wkład w kulturę, za 53 lata pracy aktorskiej, za ponad 150 produkcjach filmowych i telewizyjnych, za dorobek ponad 300 różnych kreacji aktorskich (filmowych, teatralnych, telewizyjnych i dubbingowych), a szczególnie za kreację Longinusa Podbipięty.

Każdy z nas nosi w głowie własną, niepowtarzalną galerię twarzy bohaterów literackich, czasem zgodną z ekranem, czasem zupełnie od niego oderwaną. I może właśnie w tym tkwi magia czytania: w tej intymnej przestrzeni między słowem a wyobraźnią, której nikt poza nami nie widzi. Jestem ciekaw, jak to wygląda u Was. Czy macie swoje „idealne obsady”, które pojawiają się w głowie podczas lektury? A może zdarzyło się Wam, że filmowa twarz bohatera zupełnie nie pasowała do tej, którą nosiliście w pamięci? Chętnie poznam Wasze przykłady i literacko-filmowe zaskoczenia.

Ja Falski
O mnie Ja Falski

Możesz uciszyć pięćdziesięciu uczonych jednym faktem, ale nie uciszysz idioty pięćdziesięcioma faktami. Czytam źródła. Piszę wnioski.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Kultura