Andrzejki już minęły, wróżb chyba nikt nie relacjonował, a mnie się jakoś tak przypomniał tekst zmarłego ponad 2 lata temu Andrzeja Warchała. Bez specyficznej intonacji, charakterystycznych pauz w wykonaniu Autora (no i składanej trybunki) trochę traci, ale ogólnie coraz bardziej jakby zyskiwał.
Andrzej Warchał
WIZYTA
– Ja już dłużej nie wytrzymam – powiedział przewodniczący delegacji. – Trzeci już dzień z wizytą jesteśmy, a jeszcze nam nic jeść nie dali.
– No, niezupełnie prawda – rzucił cicho minister spraw wewnętrznych. – Od razu po przyjeździe wręczyli wam chleb z solą, toście go sami w nocy zjedli.
– Wy mi tego nie zarzucajcie – zdenerwował się przewodniczący. – Skąd mogłem wiedzieć, że to był przydział na trzy dni dla wszystkich.
Stał chwiejąc się na nogach i wygłodniałym wzrokiem patrzył na wielki piec, który właśnie zwiedzali.
– Surówka – powiedział cicho minister.
– Gdzie!!! – rzucił prezydent.
– W środku – powiedział minister. – Taki piec to musi mieć spust duży.
– Moglibyście już dać spokój z tym jedzeniem – wmieszał się zastępca. – Może po prostu akurat nic nie mają. Mieli przejściowe trudności.
– Przecież podali, że był urodzaj.
– To prawda – powiedział minister. – Ale też nie podali na co.
– Kiedy widziałem, że sami jedli. Nie mogli nam wczoraj odpowiedzieć na żadne pytanie, bo mieli pełne usta jedzenia.
– A może pytania były za trudne?
– No, jedno to na pewno tak.
– Sytuacja jest w każdym razie nieprzyjemna – wyszeptał minister. Można by im zwrócić uwagę, ale jeszcze nam zarzucą, żeśmy tu na wyżerkę przyjechali.
– Oby chociaż jakie wybory były – westchnął marszałek. – Może wtedy byśmy coś konkretnego zjedli.
– Macie na myśli świnię?
– No, szanse to on miałby duże.
– Ja już nawet na zamach bym się zgodził – machnął ręką prezydent. – Można by wtedy przynajmniej w szpitalu podjeść.
– Jeszcze by wam kroplówkę dali.
– To już wolałbym transfuzję.
– Chyba przesadzasz – powiedział minister. – Czerwonych ciałek to ci na pewno nie brakuje.
– Można by od nich jakieś pieniądze pożyczyć – zastanowił się przewodniczący. – Albo spróbować im coś sprzedać.
– Dobrze wiesz, że nic takiego nie mamy. Ewentualnie moglibyśmy im sprzedać jakąś tajemnicę państwową.
– No, przecież żeśmy je wszystkie od nich dostali.
– Mam pewien pomysł – powiedział doradca. – Jak jeszcze raz będą jedli, to im zaproponujemy bruderszaft. Zawsze podczas całowania może się nam coś trafić.
– Tylko jak im to powiedzieć? Nasz tłumacz zapomniał już języka z głodu. Jak wczoraj wygłaszałem przemówienie, to wszyscy się ze śmiechu skręcali.
– Zależy przecież, o czym mówiliście.
– W każdym razie nic wesołego – zdenerwował się prezydent. – Mówiłem o naszych osiągnięciach.
– Sytuacja jest bardziej skomplikowana – powiedział zastępca. – Tłumacz zapomniał z głodu naszego języka. W tej sytuacji lepiej, jeżeli już będziemy do końca milczeć.
– Oczywiście – rzucił prezydent. – W końcu milczeć możemy znacząco. Już niedługo oni przyjadą do nas z rewizytą. Nie tylko im wtedy jeść nie damy, ale jeszcze ze spaniem będą mieli kłopoty. A jeśli będą mieć pretensje, to im się powie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
(Kraków, 1973)
226
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze