U Hiobowskich trwała piękna, letnia awantura.
- Niech mu dziadek nie robi wody z mózgu! - wołała dramatycznie mama Łukaszka zasłaniając syna sobą i egzemplarzem "Wiodącego Tytułu Prasowego".
- Kto komu robi?! - irytował się dziadek. - Ten film to jedno wielkie kłamstwo!
- To polski kandydat do Oskara! - rzekła z emfazą mama Łukaszka. - Poznają go ludzie na całym świecie!
- O Boże - załamał się dziadek. - Tylko nie to! I co ci ludzie z całego świata dowiedzą się o nas, co?
- Jaki film? - spytał Łukaszek. - Przecież mieliśmy iść z dziadkiem na manifestację...
Okazało się, że manifestacja jest ściśle powiązana z filmem. A konkretnie - przeciwko filmowi. Był to produkt polskiej reżyserki...
- Jej ojciec czy matka pracowali w resorcie? - spytał złośliwie dziadek.
- Ojciec - odparła odruchowo mama Łukaszka. - Ale co to ma do rzeczy?
...i nosił tytuł "Moralne padliny". Opowiadał o Polakach.
- Film o Polakach może zdobyć Oskara! - ekscytowała się mama Łukaszka.
- Litości! - wołał dziadek. - Ale jak nas ten film pokazuje?!
Akcja filmu działa się w czasie drugiej wojny światowej. Biedna, prześladowana przez Polaków (krwiożerczych) rodzina żydowska ukrywa się u Dobrych Niemców. Niestety, Polacy (krwiożerczy) zażądali okupu za milczenie. Okup dostali, ale Polacy (podli) złamali dane słowo i donieśli na rodzinę żydowską Złym Nazistom. Źli Naziści przyszli do domu Dobrych Niemców i zabili prawie całą rodzinę żydowską. Przeżyła tylko jedna dziewczynka, która po wojnie wspaniałomyślnie wybacza Polakom (podłym i krwiożerczym).
- Wielopiętrowe kłamstwo - irytował się dziadek. - Łukasz, idziemy!
I choć mama protestowała, to poszli. Okazało się, że demonstracja, w której mieli brać udział, napotkała kontrdemonstrację.
- Wy Polacy! Podli i krwiożerczy! - wołała młodzież z kontrdemonstracji do emerytów z demonstracji. - Przecież żyliście wtedy! Czemu nic nie zrobiliście?! Czemu ich nie ratowaliście?! Czemu ich sprzedawaliście?!
- Kto tak twierdzi? - spytał jakiś staruszek.
- W filmach tak pokazują! - zawołał jakiś młody. - I co, ma pan coś na swoją obronę?
- A mam.
Zapadła cisza.
- A co takiego? - zapytał powoli młody. - Fotografie? Zeznanie świadków potwierdzone notarialnie? Certyfikat wystawiony przez "Wiodący Tytuł Prasowy"?
- Drzewko - odparł spokojnie staruszek. Kontrdemonstracja zatrzęsła się od śmiechu.
- Drzewko! - darł się młody. - Z czym do ludzi! Jakie drzewko?!
- Takie zwyczajne.
- To ma być coś na obronę? I co niby z tym drzewkiem?
- A nic. Rośnie sobie.
- Gdzie?
- W Yad Vashem.
1068
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (9)