Cóż, dzisiaj stanąłem w roli legendarnego osiołka, któremu dano w żłoby owies i siano ...
Wczoraj zdecydowałem wypróbować skrzydełka indyka. Wcześniej ich nie przygotowywałem, bo składa się na nie dość duża powierzchnia skóry a rodzina za takim dodatkiem nie przepadała. Ale tym razem zdecydowałem kupić dwa takie skrzydełka, które są wręcz ogromnymi w porównaniu do tych z kurczaków ...
Postanowiłem upiec je w piekarniku. Po wcześniejszym umyciu, włożyłem je do naczynia żaroodpornego w części wypełnionego plasterkami ziemniaka. Dodatkowo dla smaku dodałem cebulę oraz przyprawy - sól, zioła prowansalskie, lubczyk i całość zalałem litrem wody.
Tu warto zastanowić się - czy dodać tylko niewielką ilość wody, czy też dać jej tyle, aby mięso było zanurzone w niej całkowicie. Wybrałem opcję drugą, ponieważ mięso w kąpieli wodnej dogotowuje się bardziej równomiernie i aromat przypraw dokładniej dociera w jego zakamarki.
Pieczenie przeprowadziłem w temperaturze około 150 st. C wychodząc z założenia, że przegrzana para wodna będzie rzucać przykrywką - a ta jest ze szkła... Pieczenie, a właściwie gotowanie trwało około półtorej godziny a woda wewnątrz naczynia zaczęła delikatnie bulgotać. Po zjedzeniu mięsa mogę powiedzieć, że to pieczenie mogłoby trwać nawet godzinę dłużej. A temperatura 150 st. C wcale nie była zbyt mała.
Pierwszego dnia wyciągnąłem mięso a skrzydełka starczyły na dwa dni dla dwóch osób.
Ale drugiego dnia byłem totalnie zaskoczony...

Okazało się, że rosół przechowywany w lodówce zamienił się w postać galarety i to nawet udanej, gęstej tak, jak trzeba i trzęsącej się wręcz idealnie.
Stało się to przyczyną mojej rozterki, ponieważ galaretkę bardzo lubię - a ta była tylko na dwóch skrzydełkach indyczych bez żadnego dodawania żelatyny... A miała to być zupa... Ostatecznie galaretę podzieliłem na dwie części - jedna z dodatkiem gotowej zupki ze sklepu zmieniła się w przepyszną zupę ogórkową, a druga część pozostała do jutra z przeznaczeniem jako galareta na śniadanko...



Komentarze
Pokaż komentarze (4)