200 obserwujących
1322 notki
1183k odsłony
  421   1

Złote lata Warszawy (2)

W połowie lat 30. w Warszawie zbudowano szereg nowoczesnych budynków mieszkalnych.

      Nowością stały się  tak zwane apartment house, składające się z małych, ale za to  komfortowo wykończonych i wyposażonych mieszkań. Pierwszy budynek tego typu powstał  w 1935 roku przy ulicy 6 Sierpnia (dzisiejszej Nowowiejskiej), według projektu Juliusza  Żórawskiego i wzbudził duże zainteresowanie. „Pokoje wprawdzie są małe, może nawet zbyt  małe, ale przecież nie chodziło tu bynajmniej o duże mieszkania rodzinne z całym arsenałem  mebli i pamiątek, lecz o niewielkie apartamenty kawalerskie, dla młodych małżeństw lub  kulturalne „pied a terre” dla przyjezdnych” – pisał na łamach „Arkad”  architekt Piotr  Lubiński.

      „Domów tego typu w Polsce dotąd nie było. (…) Ogrzewanie centralne, stale gorąca woda bieżąca. Służba wspólna dla wszystkich mniejszych mieszkań, posiada swoje pokoje na  dole, a klozety na korytarzu. Łazienki z wejściami od nisz sypialnych są urządzone  znakomicie i wyposażone w ładne wanny, umywalnie, klozety, bidety, apteczki i grzejniki do  ręczników".

       Dobrze notowanym, snobistycznym adresem stała się mała, cicha uliczka – aleja  Przyjaciół. W końcu lat trzydziestych powstało tam kilka luksusowych domów z   komfortowymi mieszkaniami. Jeden z nich, dzieło architektów Jerzego Gelbarda i Romana  Sigalina należał do dyrektora znanej firmy Siła i Światło, Janusza Regulskiego oraz jego  żony, Haliny. „Reprezentacyjny hall wejściowy jaśniał białym alabastrem, parapety okienne  wykonano z marmuru karraryjskiego, w kuchniach zainstalowano „automatyczne chłodnie  bezmotorowe” firmy Elektrolux – apartment house z prawdziwego zdarzenia musiał być  wyposażony w najnowsze urządzenia techniczne”.

       W innej nowo wybudowanej kamienicy w alei Przyjaciół eksperymentalnym  rozwiązaniem były windy dowożące lokatorów wprost do mieszkań. Zainstalowano w niej  także domofony.

      Lokatorzy komfortowych apartamentów czy nowo budowanych, ekskluzywnych willi chętnie prezentowali ich efektowne wnętrza nie tylko znajomym i przyjaciołom – udostępniali fotografie prasie, z dumą opowiadali o wyposażeniu swych domów, wymieniali znane i modne nazwiska architektów i plastyków. Któż nie był ciekaw, jak mieszkają gwiazdy filmu, kabaretu, przemysłowcy i tuzy ówczesnej finansjery.

     „Po  urządzeniu willi okoliczni sąsiedzi przychodzili do nas – pisał Antoni  Jaroszewicz - z prośbą o pozwolenie obejrzenia  wnętrza domu. Było ono rzeczywiście  ostatnim krzykiem komfortu. Sprowadziłem wtedy z  Anglii wyposażenie łazienki, z armaturą
ze złoconego brązu. Drzwi i okna malowali dwaj  majstrowie, których zaprosiłem z Paryża.  Ściany były tapetowane salubrą i teką do mycia.  Okna i szklane drzwi sięgały do podłogi,  szyby lustrzane systemem pałacowym miały kształt  kwadratów. Kazałem położyć piękne  parkiety, wybudować różnokolorowe kominki. W suterenie znajdowała się kuchnia i pralnia  według ostatnich wymogów nowoczesnej techniki. Na drugim piętrze mieściły się dwa  pokoje dla służby z łazienką i podręczną kuchenką. Razem było dziewięć pokoi”.

      Modernizowano również nawierzchnie ulic. Kocie łby znikały z reprezentacyjnych, ruchliwych traktów śródmiejskich, w ich miejsce układano znacznie lepszą, granitową bądź bazaltową kostkę. Pierwsza asfaltowa nawierzchnia pojawił się na ul. Mazowieckiej.  „Pamiętam opowiadanie mojej Babci – pisał Zbigniew Pakalski – która widząc przed sobą  gładką, błyszczącą powierzchnię (…) bała się przejść przez jezdnię i poprosiła jakiegoś pana  o pomoc i podanie ręki. Wydawało się jej, że jest ślisko jak na tafli lodu. Potem sobie z tego  żartowała, kiedy asfalt pojawił się i na jej ulicy Siennej, i na wielu innych w centrum”.


       W komunikacji publicznej pierwsze miejsce  zajmowały  tramwaje. Z roku na rok było  ich coraz więcej – w rozbudowującym się mieście  Dyrekcja  Tramwajów i Autobusów  uruchamiała nowe połączenia. Na najważniejszych  trasach,  biegnących do Śródmieścia z  Mokotowa, Ochoty i Żoliborza, część  starych  wagonów wymieniono na nowoczesne,  wygodne „pulmany”. Ich wnętrza, utrzymane  w  jasnej, kremowej tonacji, zdobiły fotografie  widoków Warszawy, miękkie siedzenia dla pasażerów wyściełane były prawdziwą skórą, a w  drugim wagonie tramwaju, przeznaczonym  dla palących, montowano chromowane
popielniczki.

       Linie autobusowe, które uzupełniały przeciążoną sieć tramwajową, w końcu lat  trzydziestych  zaczęły obsługiwać nowe chevrolety montowane w warszawskich zakładach  Lilpopa; zastąpiły one wysłużone francuskie autobusy marki Somua.

    W końcu lat 30. w Warszawie zarejestrowanych było około 3500 prywatnych  samochodów.   Wraz z rozwojem motoryzacji obok eleganckich, zwykle czarnych lśniących limuzyn, prowadzonych przez zawodowych szoferów w liberiach, pojawiły się popularne
fiaty, citroëny i tanie DKW – warszawiacy złośliwie rozszyfrowywali nazwę niemieckiej  firmy jako „Dykta, Klej, Woda”.

      Latem na ulice wyjeżdżały odkryte kabriolety. „Jeżdżenie takim autem, szczególnie  wieczorem i w pogodne dni świąteczne, należało do dobrego tonu. Specjalnie na dwóch  niedzielnych trasach wybiegających za miasto, można było dostrzec sporo takich wozów z  elegancko, sportowo ubranymi pasażerami. Pierwsza z nich prowadziła Alejami  Ujazdowskimi, Belwederską i Sobieskiego do Wilanowa, a druga świeżo wyasfaltowaną  jezdnią Wału Miedzeszyńskiego do Otwocka” – wspominał Zbigniew Pakalski.

      Karierę zaczęły robić dużo tańsze motocykle, dwuosobowe i „rodzinne” z koszem,  którymi łatwiej poruszało się po wąskich, śródmiejskich ulicach.

      Najwięcej było rowerów – na nowo budowanych arteriach już wtedy wytyczano pierwsze rowerowe ścieżki, a na parkingach montowano specjalne stojaki. W opinii rowerzystów, za pojazdy wyższej klasy uchodziły tak zwane „balony” na grubych oponach,
produkowane przez firmę Kamińskiego.

CDN.

Lubię to! Skomentuj8 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura