Igrzyska za 10 dni. I tym z wypiekami na twarzy oczekującym na pierwsze transmisje, i tym od dawna uczulonym na hasło "kibicujemy Naszym" - proponuję weekendową wizytę... w kinie. 1 sierpnia na polskie ekrany wchodzi film "1956. Wolność i Miłość". O wiele melodyjniej tytuł ten brzmi w oryginale - "Szabadság, szerelem". Jest to opowieść o tym, jak sport, historia oraz ludzkie emocje i uczucia razem tworzą wielkie dramaty.
Oparta jest ona na prawdziwych losach węgierskiej drużyny piłkarzy wodnych, która to w momencie, gdy sowieckie czołgi pacyfikowały powstanie narodowe na ulicach Budapesztu, w oddalonym o tysiące kilometrów Melbourne walczyła o olimpijskie medale, a na ich drodze stanęła reprezentacja Związku Radzieckiego.
Mecz błyskawicznie przerodził się w brutalną i (dosłownie) krwawą batalię. Rozemocjonowani Madziarzy nie mogąc bronić wolności w ojczyźnie całą swoją agresję, wrogość i frustrację wyładowali na Sowietach, których mieli „pod ręką”, a więc rywalach z basenu. Ci nie pozostali dłużni i zaczęli szybko odpłacać równie bezpardonowymi faulami. Bitewna atmosfera udzieliła się również publiczności, w szczególności licznie zgromadzonej na trybunach węgierskiej diasporze. Pozostali widzowie również zdecydowanie opowiedzieli się za waterpolistami Węgier. Pięciu członków tej drużyny zdecydowało się pozostać na emigracji, podobnie jak kilkunastu ich kolegów i koleżanek z innych dyscyplin.
Sam nie wiem, czy w gorączce przygotowań przed wyjazdem do Pekinu zdołam znaleźć czas i obejrzeć film, który na Węgrzech premierę miał dwa lata temu, w 50. rocznicę przedstawionych w nim wydarzeń. Data polskiej premiery też chyba nie została wybrana przypadkowo na tydzień przed najbardziej politycznie gorącymi igrzyskami od zakończenia Zimnej Wojny.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)