Pekin przywitał mnie tak samo jak wita wszystkich gości przybyłych na igrzyska. Po wyjściu z budynku lotniska zderzyłem się czołowo z jakąś ścianą. Okazała się nią być tablica Mendelejewa w postaci wszechogarniającego wszystko i wszystkich smogu. Podziwiam sportowców, którzy po takim zderzeniu będą jeszcze w stanie dać z siebie wszystko podczas swojego startu.
Jak najbardziej na plus zapisać mogę swoje kontakty z mieszkańcami Pekinu, tysiącami wolontariuszy, policjantów i zwykłych obywateli. Pierwsze z nimi kontakty mogę dotychczas uznać za wyłącznie pozytywne, pełne życzliwości i chęci niesienia pomocy również w beznadziejnych sytuacjach, gdy nawet język migowy zawodzi. Przecież to nie miła pani policjantka z komisariatu, na którym musiałem zgłosić swoje miejsce pobytu wymyśliła sobie tę procedurę. To nie tysiące funkcjonariuszy sprawdzających bagaże wchodzących i opuszczających każdą stację metra pasażerów skonstruowało taki system zabezpieczeń,
Stawiając co 20 metrów radiowóz, co 5 instalując kamerę, organizatorzy mogą być niemal pewni tego, zapewnią gościom igrzysk komfort spokojnego przejścia przez hutong - tradycyjne chińskie sąsiedztwo. Ten rodzaj zabudowy notabene staje się powoli gatunkiem wymierającym. Na każdym rogu natknąć się można na albo świeżo postawione, albo jeszcze nie otwarte biurowce,centra handlowe i apartamentowce o gargantuicznych, niewyobrażalnych dla Europejczyka rozmiarach ( jako Gdańczczanin wiem, co mówię, "falowce" na Przymorzu wysiadają). Wąskie przesmyki pomiędzy budynkami w hutongach zamieniają się w wielopasmowe rzeki ołowiu i decybeli i bijących po oczach neonów, pełne reprezentacyjnych sklepów wielkich światowych producentów.
Ale jest też i druga strona medalu. Autentyczny Pekin współczesny, a przynajmniej ważna jego część, został ukryty przed przybyszami z Zachodu za długimi i wysokimi płotami. Bezimienni bohaterowie, budujący przez długi czas dziesiątki reprezentacyjnych efektownych obiektów olimpijskich, na czas samych igrzysk, zmuszeni zostali do powrotu w swoje rodzinne strony.
Impresje z te samej podróży, choć kreślone trochę innym piórkiem, znajdziecie na blogu mojego towarzysza niedoli. Obydwaj musimy mieć oczy dookoła głowy. Fakt ten przydaje się nie tylko podczas przechodzenia na czerwonym świetle przez szeroką jak pas startowy aleję pełną aut. Wokół dzieje się i dziać będzie jeszcze tak wiele, że i tak pewnie wiele ciekawych rzeczy umknie naszej uwadze.




Komentarze
Pokaż komentarze