Jarosław Kaczyński psychicznie niespecjalnie wytrzymuje. Można go zrozumieć. Eurokampania krótka i intensywna. Nie ma już 20 lat, zaś sportu dla zdrowia nie uprawia.
Parę rzeczy prezesowi PiS nie wypaliło. Zawiodła powódź, z którą Donald Tusk mógł spłynąć. No i mimo przestróg przesyłanych papieżowi Franciszkowi, ten przyjął „wroga chrześcijaństwa”, a nie przyjął jego, który przy terkoczących kamerach odwiedza co niedziela i co miesięcznicę (10.) pobliski kościół na Krakowskim Przedmieściu.
Takie rzeczy wyczerpują. Dlatego prezes PiS w Katowicach miał już tylko emocje, a klasy i stylu zabrakło.
Z tych emocji sformułował pod adresem premiera tylko niewymyślne „zło”.
Tusk to największe zło i szlus.
Prezes walnął jeszcze parę twierdzeń – skierowanych do swoich, których inteligencji wszak już nic nie ubliży – że PiS będzie decydowało o wyborze szefa Komisji Europejskiej.
Tak mu skonstruowali tę myśl-języczek tzw. publicyści.
Intelektualnie końcówka eurokampanii jest bardzo uboga.
Zastanawia mnie coś innego. Co się stanie, jak PiS przegra kolejne wybory (nie pamiętam, które już z rzędu), a to przecież siódmy rok zaliczania gleby przez Kaczyńskiego?
Czy prezes odejdzie? Wszak takie są standardy w cywilizowanym świecie.
Kto za prezesa będzie prezesem? Czy prezesem zostanie wiceprezes Macierewicz?
A jeszcze inne dumne pytanie się nasuwa. Czy po odejściu prezesa PiS jako partia przetrwa, bo w niej osobowości nie widać na żadnym przychylnym horyzoncie.
I na takie pytania przed ogłoszeniem wyników głosowania do PE winni szukać odpowiedzi, drążyć temat, tzw. publicyści. Piszę tzw., bo nie traktuję tej „publicystyki” poważnie.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)