Media wyraziły aspirację dla Donalda Tuska: a może by tak premier został szefem Rady Europejskiej. Obecnie z tego pozostała kandydatura Radosława Sikorskiego na szefa unijnej dyplomacji. A konkurencję ma włoską, trudną nie tylko do przeskoczenia z powodu, że staje naprzeciw niego kobieta, ale i Władimir Putin, który w tej akurat sprawie ma nieformalny i wpływowy głos poprzez działania w Ukrainie. I Rosjanin wolałby mieć kogoś zdecydowanie bardziej miękkiego niż Sikorski.
Rozgrywki personalne w tak dużych organizmach, jak UE, mają przypadkowe rozstrzygnięcie. Warto w tym kontekście pamiętać o Karolu Wojtyle, który dostał się w podobne żarna na konklawe w Watykanie, a dzisiaj jest świętym – a zarazem zawalidrogą życia publicznego w kraju.
Tusk jednak z gry europejskiej nie wypada, wszak jego osoba może mieć duży walor negocjacyjny, przez który możemy osiągnąć maksimum tego, co Polska „mogłaby uzyskać w tej rozgrywce”.
Najważniejsze jednak wydaje się być zdanie premiera:
„Podejrzewam, że moja nieobecność (w kraju) dzisiaj mogłaby skomplikować kilka spraw jeszcze bardziej. Tego bym nie chciał”.
Owe skomplikowanie zapowiadane przez Tuska brzmi, jak groźba, szantaż polityczny, lecz nietrudno sobie wyobrazić skomplikowane powikłanie Kaczyńskiego z Korwin-Mikkem.
Nam i krajowi nie wyszłoby to na zdrowie.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)