Ludwik Dorn jest postacią względnie przeciętną, a mimo to sprawiał wrażenie, iż w PiS jest najbardziej inteligentny. A na pewno ma więcej do powiedzenia politycznie od prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Taką marną mamy klasę polityczną.
Dorn najprawdopodobniej żegna się z polityką. W swoim dość ograniczonych stylu podsumowuje się i innych; tym jest wywiad dla „Rzeczpospolitej”.
Nie szuka partii, gdzie mógłby dobić sejmowej emerytury, bo nie zależy mu, aby „robić z siebie idiotę”. Jak choćby Jacek Kurski („trzy razy paść na kolana, ucałować rączkę jaśnie pana”).
Przestrzega, aby „Rzeczpospolita nie wiązała z PiS nadziei”. Realnie PiS traci. Wszak wystarczy porównać wielkość głosującego elektoratu – w latach poprzednich i w ostatnich wyborach samorządowych. Paradoks? PiS wygrało, uciekło się do retoryki „fałszowania”, a tak naprawdę straciło. I to będzie ten kierunek schodzący.
Gdyby się zdarzyło, iż podobny osiągnie wynik w wyborach parlamentarnych, należy puścić „przodem PiS”. Nie jest w stanie sformułować rządu. Ale też nie dopuścić do kolejnego pieniactwa publicznego.
Tak twierdzi Dorn. Posuwam się dalej. Gdyby Kaczyński „przekupił” koalicyjnie kogokolwiek (jak w IV RP Leppera i Giertycha), szybciej upadnie niż w roku 2007.
Kaczyński to dziwny przypadek na scenie politycznej i warto już zacząć formułować definicję pojęcia „Kaczyński”.
Pierwsza cecha „Kaczyński” to katastrofa. Czego się nie dotknie, grozi upadkiem, katastrofą. Tak upadła IV RP.
Druga cecha: dezintegracja. Dotyczy społeczeństwa, grupy, osobowości. Trzecia: organizowanie negatywnych emocji.
„Kaczyński” to nie jest tylko zjawisko polityczne, to jest zjawisko psychologiczne, a nawet kulturowe.
Ono mogło się nazywać inaczej niż „Kaczyński”. Ale to ten człowiek zorganizował wokół siebie tę negację, czarną dziurę emocji i wartości.
„Kaczyński” ma zdolność powielania, implikowania. Taką postacią jest kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda. Dorn nazywa go „ładnie opakowaną chodzącą pustką”.
Uważam, iż mieliśmy wiele szczęścia po 1989 roku. Jarosław Kaczyński rządził krótko, nie zdażył wiele sknocić, a jego brat skończył, jak skończył. Gdybyśmy mieli otwarte umysły – a przynajmniej najlepsi z nas – można było przewidzieć katastrofę smoleńską.
Dorn odchodzi, pozostają dużo gorsi od niego.


Komentarze
Pokaż komentarze (39)