Dlaczego w PiS-ie doszło do strasznej zawieruchy, wiedzą już wszyscy. Bohaterzy, media i komentatorzy zrobili swoje, nie pozostawiając wątpliwości - winny jest Kaczyński, któremu (bo to przecież polityczne qui pro quo) sufluje Ziobro, straszny Ziobro. Ma kolosalne szczęście partia rządząca, że na jej drodze stanęli gamoniowaty Kaczyński i rozrabiaka Ziobro. W przeciwnym razie nadal trzeba by się liczyć z różnymi możliwościami. Jak to mówią (ale kto mówi, kto mówi?), szczęście sprzyja lepszym. Dlatego partia rządząca powinna zmienić swą nazwę na Szczęśliwa Platforma Obywatelska (SPO, SzPO, SzczPO).
Gdyby jednak w podobnej sytuacji znalazł się geniusz pokroju Bismarcka (depesza emska i podobnie rewelacyjne zagrania), polityk, który umiał prowokować, umiał ustawiać przeciwników w wygodnym dla siebie kierunku, by łatwiej zadać cios, cios nokautujący albo przynajmniej wystarczający, by sędzia mógł liczyć rywala. Gdyby zatem to Bismarck rozdawał karty, doszedłby zapewne do następujących wniosków: jest wprawdzie dobrze, jest nawet bardzo dobrze, ale dziś, może jutro. Co jednak będzie za rok, tego nie da się przewidzieć. Zwłaszcza że prędzej czy później wyborcy mogą się ocknąć, mimo zmasowanej propagandy sukcesu, i zdumiewając samych siebie tym odkryciem, rzec: coś tu nie gra, pokonaliśmy Austrię i Francję, miała być Wyspa Szczęśliwości, a co jest? Są plagi egipskie.
- Co począć, by taki scenariusz się nie pojawił przed nadchodzącymi za ileś tam miesięcy wyborami? - rzekłby wówczas Bismarck. - Do czarnego scenariusza może wprawdzie nie dojść, ale "sicher ist sicher", trzeba mieć pewność, trzeba mieć w rękach środki zaradcze.
Najlepiej stałoby się - tak myślałby sobie nasz genialny Bismarck - gdyby najgroźniejsza partia opozycyjna albo się rozpadła, albo tak osłabiła swe wpływy, by przestała być poważną siłą polityczną. Trzeba zatem jej pomóc. Stać się akuszerem zmian.
- Dobrze, dobrze - po jakimś czasie zapytałby Moltke, który był utalentowany, ale nie był lotny - ale jak to uczynić i jak miałyby wygladać zarysy takiego planu?
Cierpliwy kanclerz odpowiedziałby:
- Najpierw korzyści, realne i niepodważalne. Gdyby z grona naszych przeciwników wyłoniła się osobna siła, przede wszystkim osłabiłaby swój matecznik. Gdyby nie udało jej się utworzyć partii politycznej (ale w tym przecież też można jakoś pomóc), na pewno odciągnęłaby część dotychczasowych zwolenników naszych przeciwników (Moltke nie był lotny, ale, jak rzekłem, był zdolny, łapał więc bez trudu myśl kanclerza). Ci zawiedzeni, my, oczywiście, wiemy, że raczej byliby zwiedzeni, ale oni przecież o tym wiedzieć nie muszą, zwolennicy - w najgorszym przypadku - nie poszliby w ogóle głosować. Punkt dla nas.
- Gdyby zaś, drogi Moltke - kontynuował kanclerz - malkontentom udało się stworzyć partię, korzyści byłyby jeszcze większe. Na pewno odciągnęliby zwolenników od naszych przeciwników, ale gdyby tak, co oby nigdy nie nastąpiło, nasze poparcie zaczęło nieoczekiwanie słabnąć, przejęliby również jakąś część naszych dzisiejszych wyborców.
- Toż wówczas - wysapał zaskoczony Moltke - dotknęłoby to również nas samych!
- Oczywiście - spokojnie odparł Bismarck - ale bezboleśnie. W naszym ukochanym parlamencie, w zależności od wyników wyborów, mielibyśmy albo konstruktywną opozycję, albo lojalnego koalicjanta.
- Na to, drogi książę, ja też wpadłem - nieco ironicznie odpowiedział Moltke - ale jeśli do naszego parlamentu Rzeszy weszliby również nasi dotychczasowi przeciwnicy i gdyby połączyli się z siłą, na którą tak liczysz, to byłby przecież nasz Sedan. Tym razem jednak zakończony porażką.
- Otóż nie, marszałku, myli się pan - to znów Bismarck. - Zanim do czegokolwiek mogłoby dojść, musimy mieć pewność, że nasi przyszli satelici będą naszymi satelitami, a nie satelitami naszych przeciwników.
- Teraz rozumiem. Nasz dobry znajomy X., wszak nomina sunt odiosa, zajmie się wszystkim i jego w tym głowa, by znaleźć powolnych sobie, czyli nam, współpracowników. Ten da się zwieść marchewką, ten ogóreczkiem a ów czekoladką, durnie przyjdą zaś za darmo. Zaiste, książę, nic się nie zmieniło, nadal pozostaje pan mistrzem. Arcymistrzem polityki.
- Teraz pana znów poznaję, Moltke. I proszę zwrócić uwagę na fakt, że możemy tak rządzić bez przeszkód przez wiele lat, nasz Najjaśniejszy Pan będzie zadowolony, a nim się wyborcy zorientują, o ile się w ogóle kiedykolwiek zorientują, będziemu myśleć nad innymi rozstrzygnięciami. X., jak pan trafnie odgadł, bo to o niego rzeczywiście chodzi, i paru przekonanych przez niego gentelmenów, już od jakiegoś czasu, w pełnej tajemnicy, negocjuje z Narrem. Za kilka miesięcy wszyscy będziemy gotowi i nadejdzie kolejna Sadowa.
- Wysłał pan Narra? Po tym wszystkim, co on robi, przecież on na nich działa tak, jak pan działał na Napoleona III?
- Otóż to, drogi Moltke. To tylko dodaje pikanterii całemu przedsięwzięciu, zwłaszcza że Narr swoim rozmówcom, jak się okazuje, nie przeszkadza.
- A gdybyśmy nie mieli X.? Co zrobiłby pan w takiej sytuacji?
- Drogi marszałku, gdyby nie było X., trzeba by go było stworzyć. Ale najważniejsze, że on jest. Jest, ponieważ w czas o tym pomyślałem. W polityce, Moltke, w prawdziwej polityce, nie można zdawać się na przypadki. W przypadki mają wierzyć ci, którym to podsuniemy.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)