Najpierw hektolitry łez a teraz cynizm, obłuda i zło. Żałoba po katastrofie smoleńskiej: twarze stroskane, zadumane, zasmucone i twarze zalewające się łzami lub ostatkiem sił powstrzymujące się przed ich wylaniem. Czy to było wzruszające? Było, bo to był czas wzruszenia. Wzruszali się dziennikarze, wzruszały się pozostałe osoby publiczne. Wzruszali się politycy. No właśnie, wzruszali się politycy. A polityk wzruszać się nie powinien! Nie powinien wzruszać się publicznie, bo publiczne wzruszenie polityka wywołuje podejrzenie, że niekoniecznie musi być wzruszeniem prawdziwym. Prawdziwie polityk może się wzruszać dopiero wówczas, gdy jest już na politycznej emeryturze. Wtedy wszelkie podejrzenia o chęć wygrania jakichś własnych interesów tracą na znaczeniu.
Nie oszukujmy się bowiem, zawód polityka nie jest zawodem jak każdy inny. Jest zawodem, a bywa powołaniem, specyficznym. Polityk publicznie ani nie może, ani nie chce pokazywać prawdziwych uczuć, myśli czy zamierzeń. Jeśli którykolwiek z polityków tak nie czyni, po prostu nie jest politykiem z prawdziwego zdarzenia, jest wyłącznie politycznym qui pro quo. Kto tego nie rozumie, a mówię teraz o zwykłych zjadaczach chleba, powinien przestać zawracać sobie głowę zrozumieniem polityki i zacząć interesować się filatelistyką. To, o czym piszę, nie jest żadnym cynizmem. Ani moim, ani prawdziwych polityków. Jest stwierdzeniem faktu, a z faktami się nie dyskutuje. Prywatnie polityk może być najwspanialszym człowiekem pod słońcem, może szczerze wzruszać się przy każdej okazji, może być wzorcowym synem, mężem, ojcem, sąsiadem, przyjacielem, kimkolwiek. Publicznie musi być inny, musi być twardy, jakkolwiek żle by to określenie nie brzmiało. Tylko takim politykom można (rzecz jasna do czasu, do momentu, gdy powiemy - sprawdzam) wierzyć. Z wiarą w innych polityków trzeba być znacznie ostrożniejszym. Widział kto mażącego się Piłsudskiego, pochlipującego Napoleona, ocerającego łzy Churchilla (wymienione postaci są jedynie ezgemplifikacją a ich dobór po części przynajmniej efektem przypadku).
Z członków stowarzyszenia "Polska jest najważniejsza" po Smoleńsku nie płakali tylko nieliczni. Prawdziwą płączką, niemal zawodową płaczką okazała się Elzbieta Jakubiak (wiem, że to, co piszę, brzmi nad wyraz brutalnie, ale czuję się zwolniony z zachowania umiaru po tym, co od dłuższego czasu słyszę z ust pani poseł). Zwracano na to uwagę na bierząco, usprawiedliwiając na różne sposoby: to przecież kobieta, a one są bardziej wrażliwe, może jest po prostu bardziej wylewna, może rzeczywiście była tak dalece przywiązana do części osób, które zginęły, że nie umie się powstrzymać, nawet, gdyby chciała. Chodzi jednak o to, że te "czyste, rzęsiste" uschły tak nagle owiane przez wiatr odnowy.
Gdyby pani Jakubiak, zalewająca się niegdyś łzami, uznała, że jej łzy nie powinny pójść na marne, że potrzeba zmian, których, jej, jej koleżanek i kolegów zdaniem nie widać, i postanowiła poprzeć rebelię w PiS-ie, wszystko byłoby na miejscu. Ktoś mógłby się z tym nie zgodzić, mogłoby go to zaboleć, ale nie miałby prawa jej krytykować w inny sposób, niż jest to związane z rozumieniem polityki. Bo politycznie każdy może krytykować kazdego. Pani Jakubiak, gdy wysuszyła już nadmiar łez, przestała być potulną owieczką, na jaką zawsze wyglądała (ta moja owieczka nie jest określeniem pejoratywnym, jeśli już to raczej pieszczotliwym), stając się prawdziwą egerią. I dlatego doznaliśmy szoku.
W PiS-ie zagnieździły się wyłącznie cynizm, obłuda i zło, wykrzykuje dziś poseł Jakubiak. Co każdy zwykły osiołek, taki jak ja (i to nie jest pieszczotliwe określenie), odbiera w sposób następujący: dopóki ja byłam w PiS-ie, była to partia porządna, a gdy mnie wykluczono, zalęgły się w nim cynizm, obłuda i zło. Ja może jestem osiołkiem, ale, dalibóg, nie jestem osłem. Mnie takie prostackie numery ani nie wzruszają, ani nie bawią. W dodatku straciłem szacunek dla intelektu pani Jakubiak po tym, jak powiedziała, że w PiS-ie przez ostatnie dwa lata żle wydawano pieniądze. Czyżby sama była czymś jeszcze sympatyczniejszym od owieczki, że tego przez te dwa lata nie dostrzegała, czy była innym, mniej sympatycznym zwierzątkiem, że tego nie dostrzegała z premedytacją. Teruś, fuj, jak mawiał klasyk. Po tym wszystkim szkoda rozwodzić się nad kolejnym stwierdzeniem pani Jakubiak, której zdaniem PiS "nie jest objęty czymś, co określiłabym jako interes narodowy". Pal sześć to "objęcie", ale tupet, biorąc pod uwagę skalę emocjonalną, może być porównany już tylko z wczorajszymi potokami łez.
Żeby nie wyszło na to, że chodzi mi wyłącznie o Elżbietę Jakubiak, wspomnę o jeszcze innym mężu stanu (pozostałych zostawiam w spokoju, nadmiar prowadzi do niestrawności). Oto europoseł Kamiński, niegdysiejszy towarzysz podróży red. Wołka, niegdysiejszy członek ZChN-u (proszę wymienić innych i przypomnieć ich koleje politycznego losu - to pouczająca wyliczanka), ojciec zwycięstw wyborczych PiS-u, wylewacz łez, TVN-owski kabotyn ostatnich tygodni, facet, który, wysforowany przez swą partię do urzędniczych godności w Brukseli, miał czelność powiedzieć, że PiS niesłusznie skręca na drogę prawicowości. On, rzekomy prawicowiec i obrońca wartości.
Przy okazji raz jeszcze, jak ten nieugięty Katon, zadaję pytanie dziennikarzom popierającym lub kibicującym "Polsce, która jest najważniejsza": takich zmian nam potrzeba, naprawdę aż takich?



Komentarze
Pokaż komentarze (12)