Dawniej ludzie wierzyli i prorokowali, dziś w nic nie wierzą, czyli, jak mawiał Chesterton, wierzą we wszystko, co usłyszą, i też prorokują. Nie wiem, czy bardziej jest to śmieszne, czy bardziej skłaniające do zadumy. Są zresztą proroctwa i są proroctwa. Te drugie bywają zaraźliwe. Proroctwa profesorskie cofają naukę do rzędu zabobonu. Jeśli do tego już zdołaliśmy dojść, dalej może być tylko weselej.
Edmund Wnuk-Lipiński wieszczy rozlew krwi. Znaczy to, że Edmund Wnuk-Lipiński to taki akademicki Quentin Tarantino. Ale to zarazem profesor, a ja na słowo profesor reaguję tak, jak minister Nowak, jeszcze jako poseł Nowak, reagował na słowo Tusk. Jeśli profesor Wnuk-Lipiński mówi, że z powodu PiS-u poleje się krew, ja mówię to samo. Jeśli profesor Edmund Wnuk-Lipiński powie, że profesor Lena Kolarska-Bobińska dostanie nagrodę Nobla z medycyny, uwierzę w to bez mrugnięcia powiek, zwłaszcza że umiejętności medyczne Leny Kolarskiej-Bobińskiej nie ustępują jej umiejętnościom socjologicznym.
Profesorowi Edmundowi Wnukowi-Lipińskiemu nie wypada mówić jak zwyczajny jasnowidz, a więc pomija szczegóły, ale mnie, porwanego profesorską wizją, nic nie krępuje. Ja mogę dopowiedzieć. Mogę dopowiedzieć, bo uwierzyłem. Bo uwierzyłem, jak Stefan Niesiołowski uwierzył w osiem przygotowanych dla niego kul. A gdy już uwierzyłem, też poczułem w sobie dar jasnowidzenia. Nie tak subtelny wprawdzie i, niestety, wolny od erudycji, ale wyraźny i pozbawiony wątpliwości.
Uwaga zatem. Wieszczę! Gdy na sosnach porosną liście, od globalnego ocieplenia psom wypadnie sierść, gdy Tomasz Lis przestanie się nabłyszczać, a w Panteonie pochowają de Maistre'a bojówki PiS-u (kradnę to określenie red. Wołkowi, mam nadzieję, że nic mu z tego powodu nie ubędzie) wyjdą na ulice. Na niebie pojawią się chmury, wszystkie przypominające twarz rzecznika Grasia, a z ziemi wyłonią się jaszczurki w beretach. Będzie to znak, że nadszedł czas. Pierwszy cios zada Jarosław Marek Rymkiewicz, "zramolały rymopis łaknący krwi", jak pieszczotliwie nazywa go moja Dulcynea. Kto nie słyszał o mojej Dulcynei, sam sobie winien, mógł bowiem o niej w stosownej chwili przeczytać. Wyciągnie z zębów nóż (:zramolały rymopis", rzecz jasna, moja Dulcynea brzydzi się przemocą) i przebije wszystkie opony w rowerach zwolenników PO. Wcześniej to samo uczyni w Milanówku. Profesor Krasnodębski w tym samym czasie wypije wodę w Wiśle, a redaktorzy Wildstein i Ziemkiewicz wykradną panią prezydent miasta stołecznego i usadzą ją na kolumnie Zygmunta. A może nawet zamiast kolumny Zygmunta. Jadwiga Staniszkis internuje Ireneusza Krzemińskiego, na pocieszenie mówiąc mu, że inteligencją bije na głowę redaktora wszechczasów, czym wywoła niesnaski w obozie przeciwników. Poseł Suski wygłosi płomienne przemówienie do mas, o. Tadeusz zaparkuje swą motolotnię w bibliotece uniwersyteckiej i powyrywa kartki ze wszystkich nieprawomyślnych dzieł w niej zgromadzonych. Gdy stolica będzie już opanowana, prezes w otoczeniu swych Dreszerów i Dreszerek (takiego określenia w memuarach pisanych na wygnaniu w Burundi po latach użyje Tomasz Nałęcz) wkroczy na jeden z wybudowanych przez panią prezydent mostów. Ta informacja pozwala bliżej umiejscowić to wydarzenie w czasie. Stanie zatem prezes na moście, ogłosi się ojcem ojczyzny, rozkaże zatańczyć kazaczoka Władysławowi Bartoszewskiemu, który dostanie się w ręce motłoku tylko dlatego, że wcześniej przyklei się do mikrofonu i nie zdoła się od niego odkleić na czas. Internowane władze państwowe karnie zostaną odesłane do muzeum figur woskowych, gdzie będą odgrywać rolę żyjących eksponatów. Antymotłokowe powstanie spali na panewce, ponieważ "Manifest do ludzi rozumnych i przyzwoitych" napisany przez świetnie zakonspirowanych tuzów intelektu nie dotrze do odbiorców na czas.
W Polsce zapanuje hebanowa, czyli gorsza od czarnej, reakcja. Dzieci przestaną chodzić do szkół, lekarze zostaną wcieleni do wojska, wojsko dostanie nakaz pracy w propagandzie, stosunki dyplomatyczne z Burundi zostaną zerwane, cena chleba przekroczy cenę diamentów, a wolni obywatele będą musieli brać udział w pochodach pierwszokaczyńskich.
Czy można temu jakoś zapobiec? Można. Zamiast czekać na internowanie profesora Ireneusza Krzemińskiego, trzeba internować wszystkich bohaterów zapowiadanych wydarzeń. Rzekłem.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)