capa capa
508
BLOG

Tomasz Nałęcz. Nasz nowy Sherlock Holmes

capa capa Polityka Obserwuj notkę 23

Na świecie za dużo jest polityków i politykierów. Dokąd może zajść świat, który okupują politykierzy? Tam, gdzie zachodzą światy, w zaświaty. Całe szczęście, że Polska nie tylko pod względem gospodarczym prześciga nadgniły świat. Prześciga go również moralnie. Tak, właśnie tak, nie przejęzyczyłem się. Bijemy świat na głowę także pod względem moralnym.

W Polsce zamiast polityków i politykierów mamy sławnych detektywów. A zawód detektywa czy choćby detektywistyczne hobby są tak ważne jak zawód lekarza czy hobby kolekcjonerskie. Najwybitniejszym polskim detektywem jest dziś Tomasz Nałęcz. Tylko przy okazji historyk i polityk. Z powołania, zacięcia i otrzymanych darów Tomasz Nałęcz jest współczesnym Sherlockiem Holmesem. Skąd się to wzięło? Bóg raczy wiedzieć. A jak wytłumaczyć fenomen Józefa Cagliostro, Mela Brooksa czy Jerzego Pilcha? Albo rodzą się takimi, albo grom z jasnego nieba (mało oryginalne?, owszem, i co z tego?) uświadamia im ich wyjątkowość w sposób równie niespodziewany, co nieodwołalny. Jerzy Pilch, choćby nie chciał sam, choćby nie chcieli tego czytelnicy, musi pisać.

Tomasz Nałęcz z początku, gdy był jeszcze malutkim Tomaszkiem, też wydawał się jedynie ślicznym, nadmiernie wyrośniętym i nadmiernie rozwiniętym intelektualnie Tomaszkiem. Sąsiedzi go z tego powodu nie lubili. Nikt nie lubi zjawiskowych dzieci sąsiadów. Nagle jednak, gdy Tomaszek jadł budyń czy marmoladę (nie wiem, co jadł, nie było mnie przy tym, fantazjuję więc nieco wpatrzony w prozę Jerzego Pilcha), dojrzał w wiszącym na ścianie kalendarzu obrazek przedstawiający pochód pierwszomajowy, na parapecie okna jaskółkę w biało-czerwonym szaliku, zima bowiem była za oknem, a za szybą, w oddali, na chodniku wąsatego mężczyznę, który zamiast odsuwać śnieg, bawił się ogromnym jak sam Tomaszek długopisem. Tomaszek przerwał jedzenie, zapatrzył się w wyimaginowany kominek, połączył palce obu rąk i rzekł: "Cóż ty na to, drogi Watsonie?". Właściwie powiedział: "Cóż ty na to, drogi Łotsonie?", ponieważ wówczas jeszcze nie znał języka angielskiego. Łotsona vel Watsona przy nim nie było, był wytworem wyobraźni pobudzonej lekturą Conan Doyle'a, którego Tomaszek czytywał wyłącznie dla rozrywki. Dla pożywienia intelektu czytywał w tych latach Tukidydesa, Cezara, Ksenofonta (wymawiał Ksenofoba - zresztą już wtedy nie cierpiał tego słowa), Grzegorza z Tours, Umberto Eco i Włodzimierza T. Kowalskiego. Tego ostatniego zawsze krytycznie. "A wiesz ty, drogi Łotsonie, cóż to może znaczyć. Nie wiesz. Nie dziwi mnie to, w końcu to ja jestem Holmesem, ty jesteś, nolens volens (tak rzekł Tomaszek, nie wymyśliłem tego), tylko Łotsonem. Zestawiając to wszystko, co obaj dostrzegliśmy, to znaczy ja dostrzegłem, a tobie jedynie pokazałem, okazuje się, że mamy do czynienia z zapowiedzią wielkiej zmiany. Socjalizm, o którym nawet ty wiesz, nie nie może upaść, upadnie." Watson przestraszony tym doniesieniem, natychmiast wybiegł z domu i o wszystkim doniósł odpowiednim czynnikom. Odpowiednie czynniki nie uwierzyły, nie dlatego, że zlekceważyły małego Tomaszka, co to, to nie, tylko dlatego, że uznały tę informację za przedwczesną.

Podobnych sukcesów, które tylko z pozoru wyglądały na dar profetyczny, Tomasz Nałęcz zanotował w swym życiu tysiące, jeśli nie miliony. Wszystkich ich tutaj nie będę opisywał, mógłby mnie bowiem Tomasz Nałęcz uznać za panegirystę, a panegirystów obsesyjnie wprost nie trawi. No, może nie wszystkich, ale niektórych nie trawi rzeczywiście. Wspomnę, z kronikarskiego jedynie obowiązku, o tym, jak Tomasz Nałęcz, angażując swój niezrównany dar dedukcji, przypłynął do białowieskiego portu Włodzimierza Cincinnatusa, jak opuścił port marynarzy postępu, jak wreszcie dopłynął do zatoki, w której pisze uczone wystąpienia i wygłasza, w imieniu mieszkańca zatoki, płomienne mądości. Daleko nasz dawny Tomaszek doszedł, daleko.

Ostatnio, gdy prawie bezwiednie dostrzegł porozrzucane, dla wszystkich niewiele znaczące szczegóły, w kąt odrzucił skrzypce, nuda odpłynęła, zapadł w fotel, zapalił fajkę, złączył palce rąk i rzekł: "Watsonie (teraz już wiedział, że trzeba mówić Watsonie, nie Łotsonie, nawet poprawiał mniej bystrych znajomych), drogi Watsonie, popatrz, przypomnij sobie niedawne zdarzenia. Jest lotnisko, są zwłoki, jest prezes, jest premier, ba, są dwaj premierzy, prezes przyklęka. Tak, prezes przyklęka. Prezes nie chce się witać z premierami. Fuj, taki prezes, ale zostawmy emocje na boku. Cóż, drogi Watsonie, myśli sobie ten prezes?" Watson, którego i tym razem nie było przy naszym Holmesie, Tomaszek stał się bowiem Tomaszem, ale niektórych nawyków nie zmienił, nie odpowiedział. Przekraczało to jego możliwości intelektualne. Gdyby wcześniej obejrzał TVN-24, wtedy może byłby bardziej wymowny, ale nie obejrzał. "Watsonie, Watsonie, że też ty nic nigdy nie dostrzegasz. Przecież to jasne jak mój pracodawca. Prezes już wówczas, wówczas klęcząc, kalkulował. Przywitam się - niepolitycznie, nie przywitam się - politycznie. A politycznie oznacza wyciągnięcie pieczeni z ognia. Jestem genialny, Watsonie. Szkoda, że sam muszę o tym mówić, ty powinieneś to powiedzieć. Zostań tu, proszę, ja pędzę do telewizji, by podzielić się swym odkryciem".

I pobiegł, i podzielił się. Usłyszeliśmy to. Czy byliśmy zawstydzeni? Zapewne nie wszyscy. Czy Tomasz Nałęcz, nasz niezrównany Sherlock Holmes, zyskał w naszych oczach? W niektórych zapewne. Czy zyskał w oczach ludzi - nazwijmy to delikatnie, żeby oddalić zarzut jątrzenia - wrażliwych?     

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (23)

Inne tematy w dziale Polityka